niedziela, 10 maja 2015

Rozdział 7

     Rano zaczęłam szukać się do szpitala. Musiałam jeszcze wstąpić do sklepu po jakieś owoce i coś do picia. Wcisnęłam na nogi stare trampki i zbiegłam po schodach.
- Elizabeth! - zawołała mnie mama.
  Cofnęłam się do salonu. Rodzice siedzieli razem na kanapie z poważnymi minami. Chciałam po prostu wyjść. Czułam, że nadchodzi kolejna szokująca i smutna wiadomość.
- Usiądź z nami na chwile - powiedziała delikatnie mama.
Tak też zrobiłam. Zajęłam miejsce na fotelu, po skosie do nich.
- Tak? Coś się stało? - nie ukrywałam, że trochę mi się śpieszy. - Chcieliśmy ci o tym powiedzieć jak miałaś osiemnaście lat, ale... Byłaś taka szczęśliwa i my... Na prawdę przepraszamy, że to ukrywaliśmy... Elizabeth... My cię adoptowaliśmy - powiedział spokojnie tata.
Widziałam jak ciężko przychodziło im każde kolejne słowo.
Nic nie mówiłam. Nie wiedziałam co. Wychowywali mnie i byli dla mnie rodzina przez 20 lat. Nie można tego przekreślić.
- Pogadamy wieczorem... Idę do Matta - nic więcej nie mogłam z siebie wydusić..
      Na chodnikach była spora masa ludzi. Szłam zamyślona. Nie widziałam komu o tym powiedzieć. Normalnie zadzwoniłabym do Lily, jednak teraz... Pierwszą osobą na myśl przyszedł mi Jonathan. Nagle poczułam, że straciłam grunt i wylądowałam na czymś twardym, s mianowicie chodniku.
- Nic ci nie jest? - usłyszałam zatroskany głos jakiegoś mężczyzny.
- Nie...
Podał mi ręce i pomógł wstać.
- William - przedstawił się.
- Elizabeth. Przepraszam, że w ciebie wleciałam.
- Nic się nie stało - uśmiechnął się.
Był niższy od Jonathana. Bardziej we wzrośnie Matta. Miał kruczo czarne włosy i piękne, zielone oczy. Dobrze zbudowany i z cudnym uśmiechem.
- Przepraszam nie będę cię zatrzymywać. Wyglądasz jakbyś się gdzieś spieszyła.
- Tak do przyjaciela. Jest w szpitalu... - nie mam pojęcia czemu mu to powiedziałam.
Mógł być seryjnym morderca.... Dwójka z moich znajomych już nimi jako tako jest.
Szybkim krokiem odeszła od niego bez pożegnania. Po drodze myślałam nad wszystkim. Co mam powiedzieć rodzicom jak wrócę.... Kto był moimi biologicznymi rodzicami. Dlaczego od razu mu zaufałam? Może mnie jakoś zahipnotyzował? Albo po prostu jestem naiwna... A zresztą! Jesteś dorosła, każdy w życiu musi popełnić jakiś błąd.
Zorientowałam się, że jestem już kolo szpitala. Skierowałam się do sali Matta. Po drodze porozmawiałam z jego lekarzem. Na szczęście było już z nim lepiej.
- Hejkaaaa! - przywitałam się radośnie.
- Hej! Wejdź - uśmiechnął się.
Nie wyglądał jeszcze najlepiej.
- Jak się czujesz?
- Jestem głodny jak wilk - odparł głośno wzdychając.
Jak wilka... Nie chciałam mu o tym powiedzieć. To nigdy nie powinno go spotkać...
- Przyniosłam ci trochę owoców i coś do picia - powiedziałam.
- Co się dzieje? - spytał łagodnie i chwycił moją dłoń.
- Martwię się o ciebie... Jak już wyjdziesz chce żebyś kogoś poznał - oznajmiłam uśmiechając się do niego delikatnie i siadając na skraju łóżka.
- Kogo? - spytał podejrzliwie.
- Kolega. Lekarz powiedział że za jakieś dwa dni, jak będzie wszystko dobrze to cie wypuszcza.
***
      Siedziałam przy biurku. Wokół mnie leżały kulki z papieru. Chciałem napisać list do Elizabeth... Żeby się pożegnać. Nie mogłem tu być. Nie mogłem patrzeć jak cierpi. Najgorsze było to, że potrzebowałem jej coraz mocniej w moim życiu każdego dnia, ale co to za życie, które ciągnie się od czterystu lat.
~Elizabeth... Nie jest łatwo mi do ciebie o tym pisać. Błagam tylko abyś przeczytała ten list to końca. Pojawienie się w twoim życiu było najgorsze co mogłem zrobić. Wybacz mi. Chciałbym Ci wytłumaczyć kilka rzeczy, o których nie widziałam jak ci powiedzieć.
    Znałem kiedyś piękna i mądra wiedźmę o imieniu Katherin. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi . Jednak pewnego dnia wilki ją zabiły. Zdarzyła urodzić śliczną córeczkę o imieniu Rebekah. Przyrzekłem chronić jej rodziny. Katherin zmarła w 1659. Od tamtego czasu nie miałam bliskich kontaktów z jej potomkami. Robiłem wszystko aby byli bezpieczni. Do czasu... Dwadzieścia parę lat temu. Spotkałem ją przypadkiem. Była w ciąży. Wszystko miało być, a jednak... Nie przeżyła porodu, jednak wcześniej zapisała na karteczce imię dla dziecka. Wiedziała, że to będzie dziewczynka. Dostała imię Elizabeth...
~
- Jonathan! - głos mojej siostry przerwał mi.
 Zbiegłemna dół. Stała w salonie z poważną miną.
- Co się stało?
- Była w lesie i natknęłam się na zwłoki sarny...
- Co w tym niezwykłego?
- To że była rozszarpana, a wokół znalazłam wilczą sierść...Ten cały Matt jest jeszcze w szpitalu.. Tu muszą być inne...
Jeszcze tego brakowało. Bez słowa wróciłem do siebie. Schowałam list w kopertę i zaniosłem go tam gdzie nikt nie znajdzie...to starej trumny. Nie chciałem żeby ktokolwiek go przeczytał. Miał być do Elizabeth i tylko do niej. Na dodatek jeszcze go nie skończyłem.
     Kiedy wróciłem do pokoju sprawdziłem telefon... Sześć nie odebranych od Elizabeth. Wyszedłem na balkon i oddzwoniłem.
- Witaj. Coś się stało? - zacząłem.
- Nie.. Po prostu... Matt wychodzi za dwa dni. Chciałabym mu o tym powiedzieć u ciebie...
- Nie. Chciałabyś żeby to ja powiedział, że twój przyjaciel zmienia się w bestie pod postacią wilka... - rozpędziłem się.
- Nie chce pomóc to nie... - usłyszałem.
- Oczywiście, że pomogę... Spokojnie.
Rozłączyła się. Może mogłem sobie odpuścić te komentarze.
Czułem czyjś wzrok na sobie. Spostrzegłem stojącego w lesie mężczyznę. Wilk...czułem to.
- Hej... - ona.
- Co tutaj robisz Elizabeth?
- Myślałam ze mogę tutaj przychodzić...
- Oczywiście, że tak..Przepraszam. Coś się stało? - starałem się być spokojny, ale nie odwróciłem się.
- To chyba ja się powinnam o to ciebie spytać - czułem jak szła w moja stronę.
Odwróciłem się pomału, a mężczyzna zniknął.
- Pomogę ci z nim. Po prostu... On jest wilkiem, a na pewno niedługo zjawi się Alfa i Omega... - starałem się być opakowany.
- Wiem...
- Następna pełnia będzie za tydzień... Musimy go przygotować.
- Jak?
- Powiemy mu wszystko. Tak będzie najprościej,  a i Elizabeth... Uważaj na siebie. Nie wychodź wieczorami z domu...
- Co się dzieje? - spojrzałem jej w oczy.
Widziałem w nich tylko strach.
- Po prostu się martwię...
Skierowałem się w stronę wyjścia. Liczyłem, że pójdzie za mną. Kiedy się odwróciłem ona ciągle stała przy balkonie. Nie chciałem tego  robić, ale chciałem żeby oszczędziła sobie trud powiedzenia tego. Wszedłem do jej umysłu. Od razu odnalazłem przytłaczającą ją myśl
- Elizabeth... Przykro mi... - mogłem się tylko domyślać co czuła.
- Odpowiedz mi tylko na jego... Wiedziałeś? - w jej głosie był żal.
- Tak... Nie miałam pojęcie jak ci to wytłumaczyć... - po jej policzku spłynęła samotna łza. Wyszła z mojego pokoju. Nie zatrzymywałem jej. Nie chciałem tego pogorszyć. Usłyszałem tylko trzaśnięcie głównych drzwi, a potem jej płacz.
***
      Na moich policzkach pojawiały się ciągle świeże łzy. Nie patrzyłam gdzie idę. Na chodniku było pusto, więc mogłem sobie na to pozwolić, a jednak... Poczułam jak na kogoś wpadam, jednak nie ląduje na ziemi. Czuje jak ktoś mnie podtrzymuje przed mało miłym spotkaniem z chodnikiem.
- Już drugi raz dzisiaj Elizabeth - słyszę lekko rozbawiony głos mężczyzny.
- William - wyszeptałam i stanęłam na równe nogi.
- Nie jest wart twoich łez - oznajmił.
- To nie przez chłopaka...właściwie po części... Okay przez niego... -poddałam się.
- Odprowadzę cię, nie powinnaś chodzić o tej porze sama.
- Wybacz, ale jednemu zaufałam za wcześnie i nie najlepiej na tym wyszłam... - starałam się powiedzieć to delikatnie.
- Nie będę nalegać. Do zobaczenie. Miłej nocy Elizabeth - uśmiechnął się przyjacielsko.
- Do zobaczenia Will - odwzajemniłam uśmiech i ruszyłam dalej.
     Rodziców nie było. Może i lepiej. Nie miałam jeszcze po układane w głowie co mam im powiedzieć. Wzięłam długa, ciepłą i relaksacyjną kompie. Położyłam się na łóżku i wziąłem się za książkę, która miałem przeczytać z jakieś trzy miesiące wcześniej. Mój czas relaksu przetrwał telefon od Lily.
- Hejjjjj! Co tam? - usłyszałam radosny głos dziewczyny.
- Hej. Nudy... jak zawsze - tęskniłam za czasami gdzie to stwierdzenie było prawdziwe, bo ostatnio o moim życiu nie można powiedzieć, że jest nudne.
- To dobrze. W środę jest ognisko!
- Gdzie?
- U Asha. Może Matt da radę przyjść. Byłam u niego dzisiaj, wyglądał już lepiej. No i nie zapomnij przyprowadzić swojego tajemniczego kolegi...
- Taa...zobaczę...
- Okay! Jejku już się nie mogę doczekać! - była cała podekscytowana, a przecież to tylko ognisko.
- Ja też. Do zobaczenia - przegnałam się i odłożyłam słuchawkę.
Wtedy zatęskniłam za normalnym życiem. Położyłam się i przykryłam kołdra. Kiedy już zasypiałam usłyszałam wycie wilka. Pierwsze o kim pomyślałam to Matt, ale przecież on był jeszcze w szpitalu, a po za tym nie było pełni. Tylko, ze naszych lasach nie ma wilków... To musiał być inny Wilkołak, a to nie wróżyło nic dobrego.

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 6

      Cały tydzień z niecierpliwieniem czekałam na piątek.
Matt rzeczywiście okazał się chory. Nie wyglądał najlepiej. Czułam się źle z tym, że idę do Jonathan zamiast być przy moim przyjacielu.
      Kiedy byłam już przed jego domem zapukałam delikatnie. Nie musiałam się wysilać i tak by usłyszał. Już po chwili drzwi otwarły się. Jonathan stał przede mną w rozczochranych włosach, jak przeważnie. Były one ciemniejsze, ale jeszcze nie czarne. Moja teoria była taka, że kiedy robili się ciemno jego włosy tez, no i kiedy pochmurno. Jego strój nie różnił się od poprzednich, czyli koszula i spodnie, obowiązkowo w ciemnych kolorach.
- Zapraszam - powiedział łagodnie.
Weszłam do środka i odwiedziłam kurtkę.
W salonie siedziała kobieta o pięknych, blond lokach. Miała duże, błękitne oczy. Siedziała w fotelu na przeciw mnie. Na sobie miała sukienkę w kolorze ultramaryny.
- Elizabeth, poznaj moją siostrę Emily - przedstawił nas sobie.
Dziewczyna podeszła do mnie i uścisnęłyśmy sobie ręce.
Jonathan nic nie wspominał o siostrze, dlatego byłam w lekkim szoku.
Usiedliśmy się w trójkę na kanapie.
- Jonathan dużo mi o tobie mówił - zaczęła.
Uśmiechnęłam się tylko. Czułam się trochę niezręcznie.
    Po jakichś 5 minutach wciągnęłam się do rozmowy Emily była dla mnie bardzo miła. Dowiedziałam się, że została przemienienia dwa lata bo swoim bracie przez Omegę w Londynie. Opowiedzieli mi również o tym że pierwsi mają się obudzić.
- Nie musisz się o nic martwić. Będziesz bezpieczna - zapewniała mnie blondynka.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się do niej.
- Nie martw się o swoich przyjaciół - powiedział troskliwie Jonathan.
Czasami to mnie przerażało. Od tak mógł wejść do mojego umysłu.
- Nie, nie wchodzę od tak do twojego umysłu - zaśmiał się.
- Skończ... - posłałam mu lodowate spojrzenie.
- Ale dziękuję. Tez sądzę, że ta koszula dobrze na mnie leży.
Wymyśliłam głośno powietrze, a Emily zaśmiała się cichutko.
     Po około 30 minutach, blondynka wyszła na spacer. Poszłam razem z Jonathanem do ogrodu. Na dworze było już szaro. Powietrze było chłodne i takie lekkie. Zamknęłam oczy. Poczułam coś dziwnego. Kiedy je otwarłam nie miałam pojęcia co się stało. Siedziałam na dachu!
- Jonathan?!
- Spokojnie. Taka... Wampirza sztuczka - wytłumaczył.
Usiadł się wygodnie. Ja byłam jak sparaliżowana.
- Weź mnie na dół... Błagam! - nalegałam.
Po chwili Jonathan był już na dole. Zostawił nie na dachu.
- To nie jest śmieszne! - krzyczałam.
- Zależy z czyjej perspektywy!
Nie widziałam co mam zrobić. Przyznać trzeba, że widok był stąd piękny, ale i tak chciałam jak najszybciej znaleźć się na dole.
- Skacz! - krzyknął.
- Nigdy! Weź mnie stąd!
- Skacz! Złapie Cię, obiecuję! - nalegał.
Chciałam żeby Emily jak najszybciej wróciła. Siedziałam tam, a robiło się coraz zimniej. Już po chwili usłyszałam nadchodzącą burze. Do tego zaczęło kropić. No pięknie... Deszcz nasilał się.
- Skoczysz?! - usłyszałam z dołu.
Znalazłam punkt skoku w postaci jakiegoś murku nad oknem. Nie przestawało padać, a burza była coraz bliżej. Moje ubranie szybko przemokło, a włosy lepiły mi się do twarzy.
Stanęłam na tym czymś i spojrzałam w dół. Stał tam czekając na mój ruch. Zamknęłam oczy i... Skoczyłam. Oczy otworzyłam po kilku minutach. Jonathan trzymał mnie na rękach.
- Widzisz... Pamiętaj, że zawsze Cię złapie...
Nic nie powiedziałam. Wtuliłam się w jego tors i poczułam łzy na moich policzkach. Wniósł mnie do domu, a następnie do swojego pokoju.
Podał mi koszulę i spodnie należące zapewnie do Emily.
- Przepraszam. Chciałem żebyś mi w końcu zaufała -  powiedział.
Siedziałam na jego łóżku. On usiadł się po tych słowach koło mnie.
- Ufam ci.. Tylko błagam nie każ mi więcej razy tego robić - wyszeptałam.
- Nie będę - obiecał i przytulił mnie.
***
    Elizabeth usunęła w moim łóżku. Nie miałem serca jej budzić. Siedziałem przy niej. W całym domu panowała cisza. Jej telefon nie przestawał dzwonić. Lily, Matt, mama... I tak w kółko. Wyciszyłem go żeby jej nie obudził. W pierwszej chwili chciałem odebrać, ale co ja miałem powiedzieć... No właśnie...
W tej ciszy było słychać jedno, pompujące krew serce. Moje, mimo iż nie mogłem żyć bez niego, nie wydawało żadnego dźwięku. Niemo pompowali krew demona.
      Zaczęła się wiercić, a już po chwili podniosła powieki.
- Długo spałam? - zapytała po cichu zaspanym głosem.
- Dwie godziny... - powiedziałem.
Na te słowa poderwała się lekko i sięgnęła po telefon.
- 10 nie odebranych od Lily, 7 od Matta i 20 od mamy... Jestem martwa... - stwierdziła.
Zadzwoniła do mamy. Wymyśliła historyjkę, że musiała się u mnie zatrzymać bo zrobiła się burza czy coś takiego... Chwila...
- Skąd twoja mama o mnie się? - spytałem kiedy zakończyła rozmowę.
- Powiedziałam jej tylko, że jesteś moim kolegą i, że masz na imię Jonathan - powiedziała siadając z powrotem na łóżko.
- Co z Emily? - spytała.
- Jest już u siebie - odpowiedziałem.
Widać, że była zmęczona. Zmęczona tym wszystkim co ją spotkało w ostatnim czasie. W jej pięknych, kasztanowych oczach nie było już tej radości ani blasku, który widziałem kiedy ją po raz pierwszy spotkałem. W jej oczach był strach i niepewność.
Nagle spostrzegłem mały punkt nad jej prawym nadgarstkiem. Zbliżyłem się do niej i uniosłem delikatne jej rękę.
- Coś nie tak? - spytał zdziwiona.
- Zawsze miałaś te znamię?
Mój wzrok utkwił w dwóch kreskach. Stykały się, a ich czubek był w linii prostej od opuszka środkowego palca. Gdy dołożyć jeszcze jedna linię widniałby tam rysunek trójkąta.
- Nie... Pierwszą mam od urodzenia, a ta druga... Nie mam pojęcia.. - powiedziała.
- Nie ważne... Idź spać - ucałowałem ją w skroń.
Położyła się i już po chwili czułem jak zasnęła.
Nie chciałem jej martwić. Stwierdziłem, że rano się tym zajmę. Położyłem się obok niej i zasnąłem.
***
      Obudziłam się. W całym pokoju panowała ciemność. Leżałam w podobnej pozycji jak ostatnio. Tym razem wiedziałam już, że nie przeszkadza mu to. Nogi mieliśmy splecione.
- Pobudka śpiochy! - momentalnie poderwałam się.
Nie widziałam do się dzieje. Powieki same mi się kleiły. Nagle całe pokoju oblała jasność, tak bardzo bolesna.
- Emily! - krzyknął Jonathan.
Przewrócił się na drugi bok i nakrył poduszką.
Rzeczywiście w drzwiach stała blondynka. Widać, że już od dawna na nogach.
  Zgasiłaświatło i odsłoniła zasłony.
Jonathan podniósł się energicznie. Całe czas miał zamknięte oczy. Był wściekły... Bardzo wściekły. Natomiast na twarzy Emily widniał uśmiech tryumfalny.
- Zrobiłam śniadanie. Chodź Liz - oznajmiła lekko rozbawiona.
Poszłam za dziewczyną. Śniadanie wyglądało cudnie.
- Ubrania wypiorę i ci oddam - przypomniało mi się, że cały czas mam na sobie jej ubrania.
- Przestań! Nie chodzę w nich, są twoje.
- Ale...
- Żadnego ale! Z wampirem się nie kłóci!
Nie drążyłam już tematu. Po 20 minutach dołączył do nad jegomość.
- Znalazłem! - oznajmił energicznie i rzucił nam na stół plik papierów.
- Co to? - spytał zdziwiona Emily.
Jonathan chwycił moją rękę i pokazał Emily moją rękę.
- Czy to jest to o czym ja myślę?! - spytała przerażona i sięgnęła po papiery.
Nie wiedziałam co się dzieje.
- To nie możliwe...! - ciągle powtarzała.
- Czy ktoś mi w końcu powie co tu się dzieje?!
Oboje spojrzeli na mnie. Chyba sami nie wiedzieli co mi powiedzieć.
- Liz... Jesteś Strażniczką... - powiedziała delikatnie.
- Czyli?! Mówiłeś, że w jesteście strażnikami
- Tak, ale... Jakby Ci to wytłumaczyć.. Emily?
- Już tłumaczę. Tak my jesteśmy Strażnikami Nocy. Chronimy noc przed wampirami, które nie kontrolują żądzy krwi oraz przed wilkołakami... Ale są też inni Strażnicy. Strażnicy Żywiołów. Wiem śmieszne, jak z bajki, ale to prawda. Ta gwiazda oznacza pewnie rytuał. Kiedy gwiazda, będzie już wyglądać jak gwiazda wypełni się pewnym kolorem, będzie to kolor twojego żywiołu - wytłumaczyła.
- Jaja sobie robicie?! - wybuchnęłam.
- Dasz sobie radę... Pomożemy Ci - uspokajał mnie.
Całą tą sytuację przerwał sms.
Od:Matt
Musimy się spotkać. Dzisiaj.
Do:Matt
Jasne. 16:00 w parku.
***
      Wylegiwałem się na kanapie. Ciągle myślałem o tym, że Elizabeth jest Strażniczką. Zaczęło ponownie padać. Krople deszczu odbijające się o szyby okien jak i o parapet uspokajały mnie. Od zawsze lubiłem kiedy pada. Ludzie siedzą w domach, a ja mogłem spokojnie pospacerować.
- Myślisz, że o to chodzi pierwszym?
- Nie wiem... - odpowiedziałem siostrze, a było już tak spokojnie.
- Nie chcę żeby coś jej się stało. Lubię ją... Ty ją też lubisz.. I to bardzo...
- O co ci chodzi?
- Podoba Ci się - powiedziała.
- Co?! - wybuchnąłem i podniosłem się.
Szeroko się uśmiechała. Jak jej mogło przyjść do głowy coś takiego. Poszedłem do sobie. Rozłożyłem wszystkie papiery jakie tylko miałem o Strażnikach na łóżku. Znalazłem informacje o pozostałej czwórce. Były to kobiety. Przemienione w wampiry, aby mogły żyć wiecznie z tym darem... Oni chcą ją zmienić!
Musiałem się jak najszybciej skontaktować z którymś z nich. Oczywiście na ten temat nic nie mogłem znaleźć.... Nic. Żadnych wzmianek gdzie mogą przebywać...
***
      Czekałam za nim od pół godziny. Nie odbierał telefonów, a ja stałam w deszczu. Zaczynałam się o niego bać. W końcu się zjawił. Wyglądał okropnie... Oczy miał całe podkrążone, był blady. Wyglądał jakby miał zaraz zemdleć.
- Matt co jest?!
- Elizabeth.. Nie wiem czuje się strasznie... W domu było okay, ale kiedy tylko wyszedłem na dwór... - mówił półszeptem.
- Idziemy do szpitala! - wzięłam go pod ramię i ruszyliśmy.
Do szpitala było niedaleko. Szliśmy powoli. Matt z każdą chwilą wyglądał coraz gorzej. Jego rodzice wyjechali półtorej roku temu. Zostawili go tu. Chcieli podróżować. Co miesiąc wypłacają mu na konto środki na przeżycie.
     Kiedy weszliśmy do szpitala zaczęłam wołać o pomoc. Matt zemdlał. Podbiegło dwóch lekarzy i pielęgniarka wzięli go na noszę i pojechali w głąb korytarza.
- Jest Pani jego siostrą? - spytała niska pielęgniarka.
- Nie przyjaciółką. Ma tylko mnie...
- Dobrze. Proszę za mną - uśmiechnęła się do mnie delikatnie.
     Tylko ja siedziałam na korytarzu. Czekałam aż skończą badania. Ten czas dłużył mi się nie miłosiernie. Nagle weszła Lily i Ash.
- Co się stało?! - zaczęła dopytywać.
- Nie wiem... - przytuliłam się do niej.
Czułam, że zaczęła płakać. Ja nie umiałam, nie mogłam. Panowała we mnie pustka. Niespodziewanie dołączył do nas Jonathan. Nie wiem skąd widział. Kolejna wampirza zdolność?
- Co z nim? - spytał.
Nic nie odpowiedziałam. Przykucnął przede mną i objął moje ręce. Wpatrywałam się w ścianę za nim. Długą cieszę przerwał lekarz, który wyszedł z pokoju gdzie był Matt.
- Wasz przyjaciel porządnie się zatruł. Zrobiliśmy już pukanie żołądka. Teraz czekamy... Wszystko będzie dobrze - powiedział i poszedł.
Ile razy już słuchałam to sformułowanie... Od Jonathana, Emily...
Pielęgniarka pozwoliła nam wyjść na kilka minut. Spał. Wyglądał strasznie... Kiedy spojrzałam na Jonathana w jego oczach widziałam strach.
      Pod szpitalem pożegnaliśmy się z Lily i Ashem. Czekałam aż odejdą.
- Mów! - zażądałam.
- Co..?
- Co się z nim dzieje? Mów!
- Widziałem już to kilka razy w swoim życiu.. Matt się zmienia.
- W co?! - czułam, że za chwilę wybuchnę.
- Wilkołaka... - powiedział cicho.
Przez chwilę było słychać tylko deszcz. Nic więcej. Nie mogłam w to uwierzyć.
- To wszystko przez ciebie! Gdybyś tu nie przyjechał! To....! - emocje wzięły górę.
Po policzkach zaczęły spływać łzy, jakby miały się nie skończyć. Rzuciłam się na niego z pięściami, chociaż wiedziałam, że to nic nie pomoże.
- Elizabeth... Hej...! Uspokój się... - próbował mnie przytulić, ale ja się ciągle wygrywałam.
Jeszcze nigdy nie czułam takiej wściekłości.
- Gdyby nie ja nie przemienił by się w wielka? To są geny... Wiesz co...dzięki mnie o tym wiesz i jesteś na to przygotowana... - w jego głosie nie byli złości ani wyrzutów.
Stałam przed nim. Czułam, że nadchodzi nowa fala łez, której nie jestem w stanie powstrzymać. Przytulił mnie do siebie. Nie protestowałam już. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo go potrzebuje w moim życiu. Moim nowym życiu.