Rano zaczęłam szukać się do szpitala. Musiałam jeszcze wstąpić do sklepu po jakieś owoce i coś do picia. Wcisnęłam na nogi stare trampki i zbiegłam po schodach.
- Elizabeth! - zawołała mnie mama.
Cofnęłam się do salonu. Rodzice siedzieli razem na kanapie z poważnymi minami. Chciałam po prostu wyjść. Czułam, że nadchodzi kolejna szokująca i smutna wiadomość.
- Usiądź z nami na chwile - powiedziała delikatnie mama.
Tak też zrobiłam. Zajęłam miejsce na fotelu, po skosie do nich.
- Tak? Coś się stało? - nie ukrywałam, że trochę mi się śpieszy. - Chcieliśmy ci o tym powiedzieć jak miałaś osiemnaście lat, ale... Byłaś taka szczęśliwa i my... Na prawdę przepraszamy, że to ukrywaliśmy... Elizabeth... My cię adoptowaliśmy - powiedział spokojnie tata.
Widziałam jak ciężko przychodziło im każde kolejne słowo.
Nic nie mówiłam. Nie wiedziałam co. Wychowywali mnie i byli dla mnie rodzina przez 20 lat. Nie można tego przekreślić.
- Pogadamy wieczorem... Idę do Matta - nic więcej nie mogłam z siebie wydusić..
Na chodnikach była spora masa ludzi. Szłam zamyślona. Nie widziałam komu o tym powiedzieć. Normalnie zadzwoniłabym do Lily, jednak teraz... Pierwszą osobą na myśl przyszedł mi Jonathan. Nagle poczułam, że straciłam grunt i wylądowałam na czymś twardym, s mianowicie chodniku.
- Nic ci nie jest? - usłyszałam zatroskany głos jakiegoś mężczyzny.
- Nie...
Podał mi ręce i pomógł wstać.
- William - przedstawił się.
- Elizabeth. Przepraszam, że w ciebie wleciałam.
- Nic się nie stało - uśmiechnął się.
Był niższy od Jonathana. Bardziej we wzrośnie Matta. Miał kruczo czarne włosy i piękne, zielone oczy. Dobrze zbudowany i z cudnym uśmiechem.
- Przepraszam nie będę cię zatrzymywać. Wyglądasz jakbyś się gdzieś spieszyła.
- Tak do przyjaciela. Jest w szpitalu... - nie mam pojęcia czemu mu to powiedziałam.
Mógł być seryjnym morderca.... Dwójka z moich znajomych już nimi jako tako jest.
Szybkim krokiem odeszła od niego bez pożegnania. Po drodze myślałam nad wszystkim. Co mam powiedzieć rodzicom jak wrócę.... Kto był moimi biologicznymi rodzicami. Dlaczego od razu mu zaufałam? Może mnie jakoś zahipnotyzował? Albo po prostu jestem naiwna... A zresztą! Jesteś dorosła, każdy w życiu musi popełnić jakiś błąd.
Zorientowałam się, że jestem już kolo szpitala. Skierowałam się do sali Matta. Po drodze porozmawiałam z jego lekarzem. Na szczęście było już z nim lepiej.
- Hejkaaaa! - przywitałam się radośnie.
- Hej! Wejdź - uśmiechnął się.
Nie wyglądał jeszcze najlepiej.
- Jak się czujesz?
- Jestem głodny jak wilk - odparł głośno wzdychając.
Jak wilka... Nie chciałam mu o tym powiedzieć. To nigdy nie powinno go spotkać...
- Przyniosłam ci trochę owoców i coś do picia - powiedziałam.
- Co się dzieje? - spytał łagodnie i chwycił moją dłoń.
- Martwię się o ciebie... Jak już wyjdziesz chce żebyś kogoś poznał - oznajmiłam uśmiechając się do niego delikatnie i siadając na skraju łóżka.
- Kogo? - spytał podejrzliwie.
- Kolega. Lekarz powiedział że za jakieś dwa dni, jak będzie wszystko dobrze to cie wypuszcza.
- Elizabeth! - zawołała mnie mama.
Cofnęłam się do salonu. Rodzice siedzieli razem na kanapie z poważnymi minami. Chciałam po prostu wyjść. Czułam, że nadchodzi kolejna szokująca i smutna wiadomość.
- Usiądź z nami na chwile - powiedziała delikatnie mama.
Tak też zrobiłam. Zajęłam miejsce na fotelu, po skosie do nich.
- Tak? Coś się stało? - nie ukrywałam, że trochę mi się śpieszy. - Chcieliśmy ci o tym powiedzieć jak miałaś osiemnaście lat, ale... Byłaś taka szczęśliwa i my... Na prawdę przepraszamy, że to ukrywaliśmy... Elizabeth... My cię adoptowaliśmy - powiedział spokojnie tata.
Widziałam jak ciężko przychodziło im każde kolejne słowo.
Nic nie mówiłam. Nie wiedziałam co. Wychowywali mnie i byli dla mnie rodzina przez 20 lat. Nie można tego przekreślić.
- Pogadamy wieczorem... Idę do Matta - nic więcej nie mogłam z siebie wydusić..
Na chodnikach była spora masa ludzi. Szłam zamyślona. Nie widziałam komu o tym powiedzieć. Normalnie zadzwoniłabym do Lily, jednak teraz... Pierwszą osobą na myśl przyszedł mi Jonathan. Nagle poczułam, że straciłam grunt i wylądowałam na czymś twardym, s mianowicie chodniku.
- Nic ci nie jest? - usłyszałam zatroskany głos jakiegoś mężczyzny.
- Nie...
Podał mi ręce i pomógł wstać.
- William - przedstawił się.
- Elizabeth. Przepraszam, że w ciebie wleciałam.
- Nic się nie stało - uśmiechnął się.
Był niższy od Jonathana. Bardziej we wzrośnie Matta. Miał kruczo czarne włosy i piękne, zielone oczy. Dobrze zbudowany i z cudnym uśmiechem.
- Przepraszam nie będę cię zatrzymywać. Wyglądasz jakbyś się gdzieś spieszyła.
- Tak do przyjaciela. Jest w szpitalu... - nie mam pojęcia czemu mu to powiedziałam.
Mógł być seryjnym morderca.... Dwójka z moich znajomych już nimi jako tako jest.
Szybkim krokiem odeszła od niego bez pożegnania. Po drodze myślałam nad wszystkim. Co mam powiedzieć rodzicom jak wrócę.... Kto był moimi biologicznymi rodzicami. Dlaczego od razu mu zaufałam? Może mnie jakoś zahipnotyzował? Albo po prostu jestem naiwna... A zresztą! Jesteś dorosła, każdy w życiu musi popełnić jakiś błąd.
Zorientowałam się, że jestem już kolo szpitala. Skierowałam się do sali Matta. Po drodze porozmawiałam z jego lekarzem. Na szczęście było już z nim lepiej.
- Hejkaaaa! - przywitałam się radośnie.
- Hej! Wejdź - uśmiechnął się.
Nie wyglądał jeszcze najlepiej.
- Jak się czujesz?
- Jestem głodny jak wilk - odparł głośno wzdychając.
Jak wilka... Nie chciałam mu o tym powiedzieć. To nigdy nie powinno go spotkać...
- Przyniosłam ci trochę owoców i coś do picia - powiedziałam.
- Co się dzieje? - spytał łagodnie i chwycił moją dłoń.
- Martwię się o ciebie... Jak już wyjdziesz chce żebyś kogoś poznał - oznajmiłam uśmiechając się do niego delikatnie i siadając na skraju łóżka.
- Kogo? - spytał podejrzliwie.
- Kolega. Lekarz powiedział że za jakieś dwa dni, jak będzie wszystko dobrze to cie wypuszcza.
***
Siedziałam przy biurku. Wokół mnie leżały kulki z papieru. Chciałem napisać list do Elizabeth... Żeby się pożegnać. Nie mogłem tu być. Nie mogłem patrzeć jak cierpi. Najgorsze było to, że potrzebowałem jej coraz mocniej w moim życiu każdego dnia, ale co to za życie, które ciągnie się od czterystu lat.
~Elizabeth... Nie jest łatwo mi do ciebie o tym pisać. Błagam tylko abyś przeczytała ten list to końca. Pojawienie się w twoim życiu było najgorsze co mogłem zrobić. Wybacz mi. Chciałbym Ci wytłumaczyć kilka rzeczy, o których nie widziałam jak ci powiedzieć.
Znałem kiedyś piękna i mądra wiedźmę o imieniu Katherin. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi . Jednak pewnego dnia wilki ją zabiły. Zdarzyła urodzić śliczną córeczkę o imieniu Rebekah. Przyrzekłem chronić jej rodziny. Katherin zmarła w 1659. Od tamtego czasu nie miałam bliskich kontaktów z jej potomkami. Robiłem wszystko aby byli bezpieczni. Do czasu... Dwadzieścia parę lat temu. Spotkałem ją przypadkiem. Była w ciąży. Wszystko miało być, a jednak... Nie przeżyła porodu, jednak wcześniej zapisała na karteczce imię dla dziecka. Wiedziała, że to będzie dziewczynka. Dostała imię Elizabeth...~
- Jonathan! - głos mojej siostry przerwał mi.
Zbiegłemna dół. Stała w salonie z poważną miną.
- Co się stało?
- Była w lesie i natknęłam się na zwłoki sarny...
- Co w tym niezwykłego?
- To że była rozszarpana, a wokół znalazłam wilczą sierść...Ten cały Matt jest jeszcze w szpitalu.. Tu muszą być inne...
Jeszcze tego brakowało. Bez słowa wróciłem do siebie. Schowałam list w kopertę i zaniosłem go tam gdzie nikt nie znajdzie...to starej trumny. Nie chciałem żeby ktokolwiek go przeczytał. Miał być do Elizabeth i tylko do niej. Na dodatek jeszcze go nie skończyłem.
Kiedy wróciłem do pokoju sprawdziłem telefon... Sześć nie odebranych od Elizabeth. Wyszedłem na balkon i oddzwoniłem.
- Witaj. Coś się stało? - zacząłem.
- Nie.. Po prostu... Matt wychodzi za dwa dni. Chciałabym mu o tym powiedzieć u ciebie...
- Nie. Chciałabyś żeby to ja powiedział, że twój przyjaciel zmienia się w bestie pod postacią wilka... - rozpędziłem się.
- Nie chce pomóc to nie... - usłyszałem.
- Oczywiście, że pomogę... Spokojnie.
Rozłączyła się. Może mogłem sobie odpuścić te komentarze.
Czułem czyjś wzrok na sobie. Spostrzegłem stojącego w lesie mężczyznę. Wilk...czułem to.
- Hej... - ona.
- Co tutaj robisz Elizabeth?
- Myślałam ze mogę tutaj przychodzić...
- Oczywiście, że tak..Przepraszam. Coś się stało? - starałem się być spokojny, ale nie odwróciłem się.
- To chyba ja się powinnam o to ciebie spytać - czułem jak szła w moja stronę.
Odwróciłem się pomału, a mężczyzna zniknął.
- Pomogę ci z nim. Po prostu... On jest wilkiem, a na pewno niedługo zjawi się Alfa i Omega... - starałem się być opakowany.
- Wiem...
- Następna pełnia będzie za tydzień... Musimy go przygotować.
- Jak?
- Powiemy mu wszystko. Tak będzie najprościej, a i Elizabeth... Uważaj na siebie. Nie wychodź wieczorami z domu...
- Co się dzieje? - spojrzałem jej w oczy.
Widziałem w nich tylko strach.
- Po prostu się martwię...
Skierowałem się w stronę wyjścia. Liczyłem, że pójdzie za mną. Kiedy się odwróciłem ona ciągle stała przy balkonie. Nie chciałem tego robić, ale chciałem żeby oszczędziła sobie trud powiedzenia tego. Wszedłem do jej umysłu. Od razu odnalazłem przytłaczającą ją myśl
- Elizabeth... Przykro mi... - mogłem się tylko domyślać co czuła.
- Odpowiedz mi tylko na jego... Wiedziałeś? - w jej głosie był żal.
- Tak... Nie miałam pojęcie jak ci to wytłumaczyć... - po jej policzku spłynęła samotna łza. Wyszła z mojego pokoju. Nie zatrzymywałem jej. Nie chciałem tego pogorszyć. Usłyszałem tylko trzaśnięcie głównych drzwi, a potem jej płacz.
~Elizabeth... Nie jest łatwo mi do ciebie o tym pisać. Błagam tylko abyś przeczytała ten list to końca. Pojawienie się w twoim życiu było najgorsze co mogłem zrobić. Wybacz mi. Chciałbym Ci wytłumaczyć kilka rzeczy, o których nie widziałam jak ci powiedzieć.
Znałem kiedyś piękna i mądra wiedźmę o imieniu Katherin. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi . Jednak pewnego dnia wilki ją zabiły. Zdarzyła urodzić śliczną córeczkę o imieniu Rebekah. Przyrzekłem chronić jej rodziny. Katherin zmarła w 1659. Od tamtego czasu nie miałam bliskich kontaktów z jej potomkami. Robiłem wszystko aby byli bezpieczni. Do czasu... Dwadzieścia parę lat temu. Spotkałem ją przypadkiem. Była w ciąży. Wszystko miało być, a jednak... Nie przeżyła porodu, jednak wcześniej zapisała na karteczce imię dla dziecka. Wiedziała, że to będzie dziewczynka. Dostała imię Elizabeth...~
- Jonathan! - głos mojej siostry przerwał mi.
Zbiegłemna dół. Stała w salonie z poważną miną.
- Co się stało?
- Była w lesie i natknęłam się na zwłoki sarny...
- Co w tym niezwykłego?
- To że była rozszarpana, a wokół znalazłam wilczą sierść...Ten cały Matt jest jeszcze w szpitalu.. Tu muszą być inne...
Jeszcze tego brakowało. Bez słowa wróciłem do siebie. Schowałam list w kopertę i zaniosłem go tam gdzie nikt nie znajdzie...to starej trumny. Nie chciałem żeby ktokolwiek go przeczytał. Miał być do Elizabeth i tylko do niej. Na dodatek jeszcze go nie skończyłem.
Kiedy wróciłem do pokoju sprawdziłem telefon... Sześć nie odebranych od Elizabeth. Wyszedłem na balkon i oddzwoniłem.
- Witaj. Coś się stało? - zacząłem.
- Nie.. Po prostu... Matt wychodzi za dwa dni. Chciałabym mu o tym powiedzieć u ciebie...
- Nie. Chciałabyś żeby to ja powiedział, że twój przyjaciel zmienia się w bestie pod postacią wilka... - rozpędziłem się.
- Nie chce pomóc to nie... - usłyszałem.
- Oczywiście, że pomogę... Spokojnie.
Rozłączyła się. Może mogłem sobie odpuścić te komentarze.
Czułem czyjś wzrok na sobie. Spostrzegłem stojącego w lesie mężczyznę. Wilk...czułem to.
- Hej... - ona.
- Co tutaj robisz Elizabeth?
- Myślałam ze mogę tutaj przychodzić...
- Oczywiście, że tak..Przepraszam. Coś się stało? - starałem się być spokojny, ale nie odwróciłem się.
- To chyba ja się powinnam o to ciebie spytać - czułem jak szła w moja stronę.
Odwróciłem się pomału, a mężczyzna zniknął.
- Pomogę ci z nim. Po prostu... On jest wilkiem, a na pewno niedługo zjawi się Alfa i Omega... - starałem się być opakowany.
- Wiem...
- Następna pełnia będzie za tydzień... Musimy go przygotować.
- Jak?
- Powiemy mu wszystko. Tak będzie najprościej, a i Elizabeth... Uważaj na siebie. Nie wychodź wieczorami z domu...
- Co się dzieje? - spojrzałem jej w oczy.
Widziałem w nich tylko strach.
- Po prostu się martwię...
Skierowałem się w stronę wyjścia. Liczyłem, że pójdzie za mną. Kiedy się odwróciłem ona ciągle stała przy balkonie. Nie chciałem tego robić, ale chciałem żeby oszczędziła sobie trud powiedzenia tego. Wszedłem do jej umysłu. Od razu odnalazłem przytłaczającą ją myśl
- Elizabeth... Przykro mi... - mogłem się tylko domyślać co czuła.
- Odpowiedz mi tylko na jego... Wiedziałeś? - w jej głosie był żal.
- Tak... Nie miałam pojęcie jak ci to wytłumaczyć... - po jej policzku spłynęła samotna łza. Wyszła z mojego pokoju. Nie zatrzymywałem jej. Nie chciałem tego pogorszyć. Usłyszałem tylko trzaśnięcie głównych drzwi, a potem jej płacz.
***
Na moich policzkach pojawiały się ciągle świeże łzy. Nie patrzyłam gdzie idę. Na chodniku było pusto, więc mogłem sobie na to pozwolić, a jednak... Poczułam jak na kogoś wpadam, jednak nie ląduje na ziemi. Czuje jak ktoś mnie podtrzymuje przed mało miłym spotkaniem z chodnikiem.
- Już drugi raz dzisiaj Elizabeth - słyszę lekko rozbawiony głos mężczyzny.
- William - wyszeptałam i stanęłam na równe nogi.
- Nie jest wart twoich łez - oznajmił.
- To nie przez chłopaka...właściwie po części... Okay przez niego... -poddałam się.
- Odprowadzę cię, nie powinnaś chodzić o tej porze sama.
- Wybacz, ale jednemu zaufałam za wcześnie i nie najlepiej na tym wyszłam... - starałam się powiedzieć to delikatnie.
- Nie będę nalegać. Do zobaczenie. Miłej nocy Elizabeth - uśmiechnął się przyjacielsko.
- Do zobaczenia Will - odwzajemniłam uśmiech i ruszyłam dalej.
Rodziców nie było. Może i lepiej. Nie miałam jeszcze po układane w głowie co mam im powiedzieć. Wzięłam długa, ciepłą i relaksacyjną kompie. Położyłam się na łóżku i wziąłem się za książkę, która miałem przeczytać z jakieś trzy miesiące wcześniej. Mój czas relaksu przetrwał telefon od Lily.
- Hejjjjj! Co tam? - usłyszałam radosny głos dziewczyny.
- Hej. Nudy... jak zawsze - tęskniłam za czasami gdzie to stwierdzenie było prawdziwe, bo ostatnio o moim życiu nie można powiedzieć, że jest nudne.
- To dobrze. W środę jest ognisko!
- Gdzie?
- U Asha. Może Matt da radę przyjść. Byłam u niego dzisiaj, wyglądał już lepiej. No i nie zapomnij przyprowadzić swojego tajemniczego kolegi...
- Taa...zobaczę...
- Okay! Jejku już się nie mogę doczekać! - była cała podekscytowana, a przecież to tylko ognisko.
- Ja też. Do zobaczenia - przegnałam się i odłożyłam słuchawkę.
Wtedy zatęskniłam za normalnym życiem. Położyłam się i przykryłam kołdra. Kiedy już zasypiałam usłyszałam wycie wilka. Pierwsze o kim pomyślałam to Matt, ale przecież on był jeszcze w szpitalu, a po za tym nie było pełni. Tylko, ze naszych lasach nie ma wilków... To musiał być inny Wilkołak, a to nie wróżyło nic dobrego.
- Już drugi raz dzisiaj Elizabeth - słyszę lekko rozbawiony głos mężczyzny.
- William - wyszeptałam i stanęłam na równe nogi.
- Nie jest wart twoich łez - oznajmił.
- To nie przez chłopaka...właściwie po części... Okay przez niego... -poddałam się.
- Odprowadzę cię, nie powinnaś chodzić o tej porze sama.
- Wybacz, ale jednemu zaufałam za wcześnie i nie najlepiej na tym wyszłam... - starałam się powiedzieć to delikatnie.
- Nie będę nalegać. Do zobaczenie. Miłej nocy Elizabeth - uśmiechnął się przyjacielsko.
- Do zobaczenia Will - odwzajemniłam uśmiech i ruszyłam dalej.
Rodziców nie było. Może i lepiej. Nie miałam jeszcze po układane w głowie co mam im powiedzieć. Wzięłam długa, ciepłą i relaksacyjną kompie. Położyłam się na łóżku i wziąłem się za książkę, która miałem przeczytać z jakieś trzy miesiące wcześniej. Mój czas relaksu przetrwał telefon od Lily.
- Hejjjjj! Co tam? - usłyszałam radosny głos dziewczyny.
- Hej. Nudy... jak zawsze - tęskniłam za czasami gdzie to stwierdzenie było prawdziwe, bo ostatnio o moim życiu nie można powiedzieć, że jest nudne.
- To dobrze. W środę jest ognisko!
- Gdzie?
- U Asha. Może Matt da radę przyjść. Byłam u niego dzisiaj, wyglądał już lepiej. No i nie zapomnij przyprowadzić swojego tajemniczego kolegi...
- Taa...zobaczę...
- Okay! Jejku już się nie mogę doczekać! - była cała podekscytowana, a przecież to tylko ognisko.
- Ja też. Do zobaczenia - przegnałam się i odłożyłam słuchawkę.
Wtedy zatęskniłam za normalnym życiem. Położyłam się i przykryłam kołdra. Kiedy już zasypiałam usłyszałam wycie wilka. Pierwsze o kim pomyślałam to Matt, ale przecież on był jeszcze w szpitalu, a po za tym nie było pełni. Tylko, ze naszych lasach nie ma wilków... To musiał być inny Wilkołak, a to nie wróżyło nic dobrego.