środa, 8 lipca 2015

Rozdział 9

     Obudziłam się w pustym łóżku. Podniosłam pomału i usiadłam na jego skraju. Spojrzałam na swój znak. Brakowało jeszcze kilka kresek aby się zakończył i wypełnił. Sięgnęłam po telefon, który leżał na szafce nocnej.
Od: Emily
Pamiętaj o dzisiejszym ognisku :D
Kompletnie zapomniałam, że to już środa. Odpisałam jej coś w stylu jasne, na pewno będę i zerwałan się z łóżka. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i straciłam grunt. Całe szczęście, że wylądowałam na łóżku.
- Elizabeth... - usłyszałam jego głos.
Podniosłam się delikatnie.
- Tak?
- Wszystko dobrze? - podszedł bliżej.
- Tak...po prostu za szybko wstałam. Ludzkie problemy - odpowiedziałam.
Usiadł się koło mnie. Był spokojny. Inny...
- Odwieść cię? - spytał.
- Już chcesz się mnie pozbyć - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
- Nie...to ty zawsze chcesz mi uciec...
  Spojrzałam mu w oczy.
- Hej co jest? -przysunęłam się do niego.
- Nic...muszę iść na..polowanie. Emily pojechała po nowy zapas i będzie dopiero wieczorem, a do tego czasu nie wytrzymam -powiedział spokojnie.
- Weź moją krew -podsunęłam mu nadgarstek.
- Nie chcę cię jeszcze bardziej osłabiać -delikatnie dotknął mojej ręki.
- Wtedy będziesz musiał dać mi swoją krew i może poczuję się lepiej.
Kiedy tłumaczyliśmy to wszystko mojemu przyjacielowi to jako prezentacje, że Jonathan jest wampirem ugryzł mnie w nadgarstek. Było to ugryzienie zupełnie inne od poprzednich. Nic nie bolało. To było dziwne, nie do opisania uczucie.
- Dobrze... -wyszeptał.
- Nadgarstek czy szyja?
- Nadgarstek -odpowiedział.
Podałam mu ponownie rękę, a on zanurzył w niej kły. Znowu to dziwne uczucie.
Zawsze wybierał nadgarstek, a nie szyję. Kiedy skończył spytałam go o to. Dlczego nadgarstek, a nie szyja? Czy jest jakaś różnica?
- Nie krew i tu i tu jest...pitna -uśmiechał się pod nosem, a ja wciąż nie wiedziałam o co chodzi.
- Tłumacz, a nie... -szturchnęłam go lekko w ramie.
Uśmiechnął się jeszcze bardziej. Rzadko to robił, a miał taki piękny uśmiech.
- Em...wampiry Czystej Krwi żywią się nadgarstkiem. Gryziemy szyję kiedy jest to atak, tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu...
- Och dzięki! - przerwałam mu.
Powiedziałam to z uśmiechem i żartobliwie. Sama nie wiem czemu...przecież tak jak powiedział to był atak.
- Albo jeśli..em...nie wiem jak ci to wytłumaczyć...
- Najprościej.
- Kiedy wampir, oczywiście cały czas mówimy o tym moim gatunku, jest z...em..nie wampirem, przypomnij mi żebym do tego wrócił, to, np. Jest wampir, który jest z normalną kobietą...gryzie ją inaczej. W inny sposób. Ona sama musi się zgodzić żeby mógł się na niej żywić. Żywi się na nadgarstku, ale i szyi. Jest to znak uczucia pomiędzy nimi. Podczas ataku byłaś sparaliżowana, a podczas takie czegoś jest zupełnie inaczej... - skończył monolog.
- Wasz świat jest zagmatwany...a ta kobieta musi się stać wampirem?
- Nie, ale chce, praktycznie w znacznej części takich przypadków.
- O! Jeszcze miałeś powiedzieć o tym...no z kim są wampiry - przypomniałam.
- No tak...wampir może być z człowiekiem, czarownicą...powiem tak nie może być z wilkołakiem, gdyż traktowane jest to jako zdrada.
Ich świat...bardziej zagmatwany i dziwny od naszego.
      Siedzieliśmy w ciszy. Wiedziałam, że muszę iść do domu, ale bałam się. Po jakichś 15 minutach stwierdziłam, że chcę mieć to jednak za sobą.
- Odwiozę cię -zaproponował kiedy staliśmy już na werandzie.
- Nie dziękuję...przejdę się trochę...
- Okay, ale uważaj na siebie -uśmiechnął się.
Zeszłam po schodkach i przeszłam ścieżką do furtki. Cały czas odprowadzał mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się na pożegnanie i zniknęłam za zakrętem.
       Nie miałam pojęcia co im powiedzieć... Szłam wolno, obmyślając wszystko po kolei. Było trochę pochmurno i zapowiadało się na deszcz. Kiedy nadciągnęły kolejne ciemne chmury przyspieszyłam kroku. Pomału otworzyłam drzwi frontowe i weszłam do domu. Siedzieli na sofie. Panowała cisza. Podeszłam bliżej. Nic nie mówiłam.
- Elizabeth... -wyszeptała mama ze łzami w oczach.
- Wróciłam...
- Jeżeli zechcesz się wyprowadzić całkowicie to zrozumiemy -powiedział tata opanowanym głosem.
- Nie wiem...może. Dzisiaj idę do Lily. Chciałyśmy coś razem wynająć już od dłuższego czasu.
- Pamiętaj, że to zawsze będzie twój dom, że zawsze będziesz mogła tu wrócić kiedy tylko zechcesz -powiedziała cicho mama.
- Wiem...a w zawsze będziecie moimi rodzicami...Tylko, że muszę sobie wszystko poukładać, pomyśleć co dalej -stwierdziłam.
Na ich twarzy obojga pojawił się uśmiech.
- Oczywiście... -przytulili mnie.
Poszłam do siebie. Musiałam to wszystko sobie poukładać i wynająć jakieś mieszkanie... Nie długo miałam się stać nadprzyrodzonym bytem. Musiałam uważać.
***
       Siedziałem na balkonie. Myślałem o tym wszystkim co się wydarzyło. Jeszcze pierwsi... Jeżeli dowiedzą się, że pomagam wilkołakowi....Jestem martwy. Cóż za dużo się nie zmieni. Nie mogłem zawieść Elizabeth. Nie takiego życia dla niej chciałem.
Postanowiłem przejść się trochę po mieście. Uwielbiałem obserwować ludzi. Nie musiałem się nigdzie śpieszyć. Tylko ja i moje myśli. Po jakimś czasie postanowiłem wstąpić do Matta. Chciałem porozmawiać z nim po męsku w cztery oczy. Adres miałem od Elizabeth. Od razu trafiłem w wyznaczone miejsce. Zadzwoniłem przez domofon. Chwilę zajęło zanim dał się przekonać na rozmowę, ale w końcu wpuścił mnie do środka.
- Jak się czujesz? -spytałem.
- Wspaniale! A jak myślisz? -odpowiedział.
Był wściekły. Całkowicie to rozumiałem.
- Dasz sobie rade...
- Powiedz mi...dlaczego teraz? -spytał już trochę spokojniej.
- Nie wiem. Wilki żyją w odosobnieniu. Mało o nich wiemy -odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Super...
Usiedliśmy się na kanapie. Chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wszystko się zbiegło w jednym czasie.
- Słuchaj... Co łączy ciebie z Elizabeth? Tak szczerze...
- Przyjaźnimy się. Chcę jej pomóc...
- Podoba ci się?
- Jest piękna, mądra i inteligentna...
- Tak, tak to już wszyscy wiemy. Spytam jeszcze raz. Podoba ci się? -nie dawał za wygraną.
- Może...nie wiem -wymamrotałem.
- Haha. Około 19:00 idzie z Lily na ognisko. Ja sobie odpuszczam, a tobie już zapisuje adres -wstał i wział jakiś notes.
- Dlaczego to robisz? -byłem zdziwiony.
- Chcesz dla niej jak najlepiej. Potrzebuje kogoś kto będzie taki opanowany i się nią zaopiekuje -odpowiedział i dał mi kartkę.
- Dzięki.
Posiedziałem z nim jeszcze trochę i postanowiłem wrócić do siebie. Matt okazał się spoko facetem. Kiedy szedłem czułem, że ktoś mnie obserwuje. Kiedy się odwróciłem zboczyłem funkcjonariusza policji. Młody mężczyzna stał oparty o radiowóz i wpatrywał się we mnie. Nie musiałem specjalnie się wysilać, żeby wyczuć w nim wilka. To był on czułem to. On też dobrze wiedział o mojej naturze. Uśmiechał się bezczelnie. Wszytko się we mnie gotowało, a on mnie tylko prowokował. Z nieschodzącym uśmiechem z jego twarzy wszedł do auta i odjechał. Musiałem go dorwać.
        Przed 19:00 byłem w wyznaczonym przez Matta miejscu. Ognisko już się zaczęło. Wszyscy się świetnie bawili prze żywej muzyce. Przepychałem się przez tłum aż w końcu zauważyłem Beth. Stała z Lily i Ashem. Podszedłem do nich.
- Hej -przywitałem się.
- Siema stary! -zawołał Ash i przybiliśmy piąteczkę.
- Super, że wpadłeś! Ok zostawiamy was samych. Do potem -powiedziała Lily i zginęła w tłumie ze swoim chłopakiem.
- Co ty tu robisz? -spytała.
Na twarzy miała uśmiech. Dawno go już nie widziałem.
- Matt mi podał adres.
- Matt?
- Tak. Byłem dzisiaj u niego. Jakoś się trzyma -wyjaśniłem.
- To miało być ognisko dla najbliższych przyjaciół -zaśmiała się i wskazała na ogromny tłum.
- Chodźmy się przejść -zaproponowałem.
Przytaknęła. Nie było łatwo przepchać się ponownie przez ten tłum, ale w końcu nam się udało.
Skierowaliśmy się w stronę lasu. Najpierw szliśmy w ciszy.
- Dawno nie szłam już na spacer do lasu... - pierwsza przerwała ciszę.
- Dlaczego?
- Wiesz...ostatni jakiś wampir mnie zaatakował... -uśmiechnęła się.
- Przepraszam....znowu...
Nagle poczułem jak przytula się do mojego ramienia. Oplatała je swoimi rękami. Była to miłe uczucie.
- Gdzie mnie porywasz? -spytała.
- Nie wiem... Gdzie nas nogi poniosą -odparłem.
- Emily wróciła?
- Jeszcze nie. Miała napisać jak już będzie.
- Och...biedny. Musisz się męczyć.
- Nie jest źle. Uwierz mi bywało gorzej.
Bywało znacznie gorzej, ale nie chciałem jej tym zanudzić czy zamartwiać.
- Bardzo martwię się o Matta...
- Wiem. Jest silny. Da sobie radę -zapewniałem.
- Gdzie się przemieni?
- Niedaleko mojego domu jest stary pustostan. Niestety trzeba będzie go przykuć. Nie możemy sobie pozwolić na to, że ucieknie i narozrabia -objaśniałem.
Przytaknęła. To był najlepszy sposób żeby zapanować nad tą sytuacją.
- Bardzo będzie cierpiał?
- Zawsze się mówi, że pierwsza przemiana jest najgorsza. Każda kolejna pełnia jest prostsza.
- A tamten wilk? On się przemienia kiedy chce...
- Musi być alfą. Nie pytaj o więcej. Tylko tyle wiem. Wszystko o wampirach, wiedźmach, wilkołakach wiedzą tylko dwie osoby...
- Pierwsi -dokończyła.
Długi czas szliśmy w ciszy. Elizabeth miała mętlik w głowie. Bardzo się bała.
- Chcesz już wracać? -spytałem.
- Tak...Odprowadzisz mnie do domu?
- Oczywiście -ucałowałem ją w skroń.
      Na jej ulicy było pusto. Panowała cisza, a czyste powietrze przepełniało płuca. W domu Elizabeth było ciemno.
- Jeszcze ich nie ma. Wspominali, że pojadą do cioci, pewnie przyjadą jutro -wytłumaczyła od kluczjąc drzwi.
- Do..
- Wejdziesz? -przerwała szybko.
- Jasne... - odparłem jednak nie mogłem przekroczyć drzwi.
Beth spojrzała na mnie pytająco.
- Em...Jonathan?
- Dom jest twoich rodziców tak?
- Mhm..
- Nie mogę wejść -odparłem.
- Dlaczego?
- Zapomniałem o tym wspomnieć. Jeżeli dom jest śmiertelnika potrzebuję jego zgody na wstęp, jako wampir -wyjaśniłem stojąc w progu.
- Poczekaj tu - szybko powiedziała i zniknęła za drzwiami.
Wróciła z dużym kocem.
- Co ty wyprawiasz?
- Posiedzimy na werandzie -uśmiechnęła się.
Usiedliśmy się na kanapie, a Elizabeth przykryła nas kocem.
- Nie chcę żebyś się przeziębiła...
- Oj tam. Lepiej mów czy już wiesz kto może być tym tajemniczym wilkołakiem -zaczęła.
- Mam podejrzenia, ale błagam nie mówmy już o tym...proszę...
- Okay. Zachowujmy się jakbyśmy byli normalnymi ludźmi -powiedziała i oparła się o moje ramie.
Rozmawialiśmy o gwiazdach i różnych błahostkach. To była nasza taka pierwsza, normalna rozmowa. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy. Poczułem ogromny głód, a wiadomości od Emily nadal nie było.
- Powinienem już iść - wyszeptałem.
- Najpierw się pożyw -wyciągnęła nadgarstek.
Nie protestowałem. Od razu wbiłem kły i już po chwili czułem ten cudowny smak. Smak ludzkiej krwi. Oderwałem się od niej. Tak bardzo pragnąłem więcej. Budził się w mnie instynkt prawdziwego wampira, ale nie mogłem jej skrzywdzić. Podałem jej krew i poczułem dźwięk sms-a.
Od: Emily
Kolacja gotowa.
- Leć. Dobranoc -pożegnała się.
- Dobranoc -powiedziałem szybko i zniknąłem.
    Już po chwili byłem w domu. Weszłam do pokój gdzie mieliśmy dużą lodówkę na worki z krewią. Emily wypakowywała je. Zrobiła solidne zapasy.
- Co tak długo?
- Nie marudź. Ciesz się, że są -odpowiedziała.
- Dziękuję....
- Okay ja idę się położyć. Jestem padnięta.
Wyszła z pomieszczenie. Ja od razu otworzyłem pierwszy worek i zacząłem sączyć krew. Wbiłem chyba z pięć worków na raz. Czułem się taki silny. Czułem, że...żyję. Dawno tego nie czułem.  Brakowało mi tego, ale wiedziałem, że nie mogę tak funkcjonować. Te worki musiały starczyć mi i Emily na jakiś czas. Nie mogliśmy wzbudzać niczyich podejrzeń.