poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 10

*Jonathan*
    Ten dzień musiał nadejść. Pierwsza przemiana Matta. Miałem już obmyślony plan działania, ale jednocześnie byłem przerażony. Przerażony tym, że coś się  nie uda... tym, że Pierwsi się dowiedzą i uznają to za zniewagę... Musiałem się tego podjąć. Nie mogłem zostawić Beth z tym wszystkim.
     Emily jak zawsze gdzieś wybyła. Może i lepiej. Miałem przynajmniej święty spokój. Dopiłem ostatni worek i wyszedł na dwór. Od ostatniego spotkania z Beth nie miałem z nią żadnego kontaktu. Powiedziałam, że musi nadrobić zaległości w nauce i bibliotece. To był jej ostatni rok, nie mogła go zawalić. 
      Poszedłem do garażu i jeszcze raz sprawdziłem zawartość bagażnika czy aby niczego nie zapomniałem. Różnego rodzaju łańcuchy wypełniały po brzegi tą część mojego samochodu. Miałem jeszcze trzy godziny do 17:00. Postanowiłem zrobić sobie mały spacer. Powędrowałem do miasta. Z lekkim znudzeniem oglądałem kolejne wystawy sklepowe. Chciałem już wracać, ale coś przykuło moją uwagę, a mianowicie sukienka. Śliczna, zwiewna, biała w błękitne kwiaty. Idealna dla Beth. Wszedłem do sklepu i kupiłem ją bez większego namysłu. 

*Elizabeth*
       Razem w rodzicami jedliśmy śniadanie. Bardzo się cieszyłam, że relacje pomiędzy nami w ogóle się nie zmieniły. 
- A co u tego Twojego Jonathan? -spytała nagle mama. 
- Błagam Cię.... -wybełkotałam. 
- Może by do nas wpadł na kolacje czy coś? -kontynuowała. 
- Na pewno nie dzisiaj... Porozmawiam z nim o tym... - zapewniłam. 
- Twoja mina mówi co innego ale trzymamy Cię za słowo -zaśmiał się Tata. 
Po posiłku pozbierałam brudne naczynia i pozmywałam. Rodzice mieli dzisiaj wolne. Tata wygodnie rozłożył się na kanapie i oglądał wiadomości, a mama zajęła miejsce w swoimi ukochanym fotelu i zajęła się za kończeniem szala na zimę w odcieniu bordo. Miał to być mój prezent na gwiazdkę. Ach ta niespodzianka... 
- Kupimy kota???? 
- Em.. mamo? -razem z tatą spojrzeliśmy na nią zdziwionym wzrokiem. 
- Zawsze chciałam mieć kota, ale mieliśmy psa... 
- Ta twoja delikatność... -wymamrotał Tata. 
Mój kochany psiak... Od tego się wszystko zaczęło.  Wzdychnęłam z nostalgią i usiadłam się na krześle w kuchni. 
- To jak??? 
- Okay... -odpowiedzieliśmy z tatą. 
Mama nie kryła zadowolenia z triumfu, a my nie chcieliśmy odbierać jej radości. 
      Siedzieliśmy tak do południa, aż przyszedł czas na obiad. Jeśli jesteśmy wszyscy w domu i nic pożytecznego nie robimy to na obiad jest tylko jedno rozwiązanie. Pizza. Zamówiłam nasz posiłek i pozostało nam czekać. Strasznie bałam się pełni.... Od ostatniego spotkania z Jonathanem starałam się żyć normalnie, żyć tak jak kiedyś. Jednak świadomość posiadania tylu informacji była dość przytłaczająca. Byłam strasznie ciekawa kiedy przybędą Pierwsi i jak bardzo ich przybycie namiesza... O ile da się jeszcze bardziej. 
     Po jakichś 15 minutach usłyszeliśmy dzwonek. Oczywiście ja musiałam iść i odebrać nasz posiłek. Zapłaciłam za pizzę i wróciłam do kuchni, gdzie Tata z mamą już siedzieli przy stole...  Rozłożyłam talerze i zabraliśmy się za konsumpcję. Było bardzo miło. Tak jak kiedyś.
- To właściwie gdzie ty idziesz? -zapytał tata. 
- No mówiłam, że spotkać się z Mattem... -powiedziałam biorąc się za kolejny kawałek. 
- Lily będzie? 
- Nie.
- A Jonathan? -włączyła się mama. 
- Może... 
- Co ty będziesz robić sama z dwoma chłopakami??? -oburzył się tata. 
- Po pierwsze jestem dorosła, a po drugie na pewno nie to o czym myślisz - uśmiechnęłam się. 
Tata skarcił mnie wzrokiem i już nie kontynuował tematu. 
      O 16:00 czekałam na Matta przy wiedzie do lasu. Już po chwili wyłonił się zza zakrętu. 
- Hej -przytuliłam go na powitanie,  co od razu odwzajemnił. 
- Chodźmy, nie czuje się najlepiej... -wyszeptał i ruszyliśmy w wyznaczone miejsce. 


*Jonathan*
      Od godziny szykowałem już wszystko. Poprzypinałem łańcuchy do murów i wymieniłem kraty. Miałem tylko nadzieję,  że to wszystko wytrzyma. Pustostan to stary domek pewnie po jakimś leśniczym bądź myśliwym z wyglądającą na solidną piwnicą. 
Kiedy ostatni raz wszystko sprawdzałem usłyszałem zbliżających się Beth i Matta. Wyszedł z piwnicy i stanąłem obok auta. 
- Gotowy? -spytałem gdy się zbliżyli. 
- A co jeśli powiem, że nie..? 
- Prawdopodobnie nic to nie zmieni... -odpowiedziałem. 
- Pokażesz nam piwnicę? -spytała. 
Kiwnąłem głową, że mają iść za mną. Pokazałem im wszystko dokładnie. Przerażenie w oczach Matta zyskało na sile, gdy ujrzał te wszystkie  łańcuchy. 
- A Wy gdzie będziecie? 
- Za tą kartą -powiedziałem. 
- Okay... przykujcie mnie -powiedział zrezygnowany. 
      Jakoś po 18:00 skończyliśmy go przykuwać i po raz tysięczny sprawdziłem czy wszytko jest dobrze. Staliśmy w ciszy i po prostu się na siebie gapiliśmy. Każde z nas czekało aż coś się stanie, ale nic. Myślałem, że może się pomyliłem, że... sam już nie wiem. To wszystko traciło jaki kol wiem sęs. Dopiero przed 20:00 z Mattem zaczęło się coś dziać. Jego oczy zaczęły nabierać intensywniejszego koloru. 
- Wyjdźcie stąd... -wymamrotał i osunął się na kolana. 
- Matt... -wyszeptał z bólem głosie Beth. 
- Błagam! -krzyknął. 
To już nie był ludzki głos. Wyraźnie było słuchać w nim warczenie. To się na prawdę działo. Wyszliśmy z piwnicy i dokładnie zamknąłem za sobą stalową kratę. 
- Nie mogę bo zostawić... 
- Obiecaj mi, że jak przestanie się kontrolować nie będziesz ze mną dyskutować... 
- Obiecuję -powiedziała i spojrzała mi prosto w oczy. 
Starałem się być nie ugięty... W jej oczach nie było żadnych emocji tylko łzy...  Objąłem ją ramieniem, a ona wtuliła głowę w mój tors.  Byliśmy bezradni i bezsilni. Mogliśmy się tylko przyglądać jak cierpi. Jak jego kości łamią się w każdy możliwy sposób aby móc dokonać całkowitej transformacji. 
- Zabierz ja stąd... -wysapał ostatkiem człowieczeństwa w sobie i zaczął tracić samego siebie. 
Wprowadziłem ja z piwnicy i zamknąłem za sobą kolejne dwie pary drzwi. Słychać było krzyki przeplatane z ujadaniem i warczeniem. 
- I co teraz? 
- Chodźmy na dwór... -zaproponowałem. 
Twierdząco skinęła głową i ruszyła za mną. 
Noc była przyjemna. Lekki powiew wiatru, gwiazdy i księżyc w całej swej okazałości... 
Usiadła się na schodkach przed domkiem i wbiła wzrok w niebo. 
- Co jeśli on tu przyjdzie? -spytała ciągle wpatrując się w niebo. 
- Kto? 
- Ten drugi wilkołak... 
- Zabije go -odpowiedziałam bez namysłu. 
- Albo on Ciebie... 
- Wątpisz we mnie?!  
- Nie chcę zostać sama... 
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Bez słowa ruszyłem w stronę auta. Wtedy dopiero przeniosła na mnie swój wzrok. Kobieca ciekawość... 
Wróciłem z wrzosowym pudełkiem owiniętym czarną wstążką. 
- Proszę -wręczyłem jej. 
- Co to? -była lekko zdziwiona. 
- Dowiesz się jak otworzysz... 
Pomału odwiązała wstążkę i otworzyła pudełko. Wyciągnęła delikatnie sukienkę i patrzyła na nią bez słowa. 
- Nie podoba ci się? 
- Nigdy nie dostałam piękniejszego prezentu... -uśmiechnęła się lekko. 
Nagle ucałowała mnie w policzek i wyszeptała Dziękuję... 
- Przymierz..
- Teraz? 
- Tak. Zrób to dla mnie bo prawdopodobnie jestem już martwy... -oznajmiłem z uśmiechem. 
- Pierwsi?!! 
- Haha nie... Emily. Dzisiaj jest jakiś tam bal charytatywny,  na którym miałem  być, ale wybrałem ciekawsze zajęcie nie informując jej o tym, więc może być lekko wkurzona -wytłumaczyłem. 
- No dobrze...  Daj mi chwilę. 
Wzięła sukienkę i weszła do środka domu. Matt już tylko warczał, co oznaczało,  że już się przemienił. Może już tak nie cierpi? Pomyślałem. 
- I jak? -usłyszałem głos za swoimi plecami. 
- Pięknie... 
Ta sukienka była stworzona dla niej. Wyglądała... nie idzie tego opisać... Pięknie to za mało. 
- Zatańczymy? 
- Ale tak teraz?? 
- Mhm... 
- Matt.. 
- Już jest spokojny... najgorsze minęło. 
- Nie ma muzyki. 
- Użyj wyobraźni... 
Objąłem ją w tali i przyciągnąłem do siebie. Tańczyliśmy w świetle gwiazd i blasku księżyca. 
- Błagam Cię... nie zostawiaj mnie... - wyszeptała. 
Nic nie odpowiedziałem... Pocałowałem ją. Tak po prostu... Ku mojemu zdziwieniu na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. 
- Kocham Cię... 
Powiedzieliśmy w tym samym czasie. 

środa, 8 lipca 2015

Rozdział 9

     Obudziłam się w pustym łóżku. Podniosłam pomału i usiadłam na jego skraju. Spojrzałam na swój znak. Brakowało jeszcze kilka kresek aby się zakończył i wypełnił. Sięgnęłam po telefon, który leżał na szafce nocnej.
Od: Emily
Pamiętaj o dzisiejszym ognisku :D
Kompletnie zapomniałam, że to już środa. Odpisałam jej coś w stylu jasne, na pewno będę i zerwałan się z łóżka. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i straciłam grunt. Całe szczęście, że wylądowałam na łóżku.
- Elizabeth... - usłyszałam jego głos.
Podniosłam się delikatnie.
- Tak?
- Wszystko dobrze? - podszedł bliżej.
- Tak...po prostu za szybko wstałam. Ludzkie problemy - odpowiedziałam.
Usiadł się koło mnie. Był spokojny. Inny...
- Odwieść cię? - spytał.
- Już chcesz się mnie pozbyć - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
- Nie...to ty zawsze chcesz mi uciec...
  Spojrzałam mu w oczy.
- Hej co jest? -przysunęłam się do niego.
- Nic...muszę iść na..polowanie. Emily pojechała po nowy zapas i będzie dopiero wieczorem, a do tego czasu nie wytrzymam -powiedział spokojnie.
- Weź moją krew -podsunęłam mu nadgarstek.
- Nie chcę cię jeszcze bardziej osłabiać -delikatnie dotknął mojej ręki.
- Wtedy będziesz musiał dać mi swoją krew i może poczuję się lepiej.
Kiedy tłumaczyliśmy to wszystko mojemu przyjacielowi to jako prezentacje, że Jonathan jest wampirem ugryzł mnie w nadgarstek. Było to ugryzienie zupełnie inne od poprzednich. Nic nie bolało. To było dziwne, nie do opisania uczucie.
- Dobrze... -wyszeptał.
- Nadgarstek czy szyja?
- Nadgarstek -odpowiedział.
Podałam mu ponownie rękę, a on zanurzył w niej kły. Znowu to dziwne uczucie.
Zawsze wybierał nadgarstek, a nie szyję. Kiedy skończył spytałam go o to. Dlczego nadgarstek, a nie szyja? Czy jest jakaś różnica?
- Nie krew i tu i tu jest...pitna -uśmiechał się pod nosem, a ja wciąż nie wiedziałam o co chodzi.
- Tłumacz, a nie... -szturchnęłam go lekko w ramie.
Uśmiechnął się jeszcze bardziej. Rzadko to robił, a miał taki piękny uśmiech.
- Em...wampiry Czystej Krwi żywią się nadgarstkiem. Gryziemy szyję kiedy jest to atak, tak jak przy naszym pierwszym spotkaniu...
- Och dzięki! - przerwałam mu.
Powiedziałam to z uśmiechem i żartobliwie. Sama nie wiem czemu...przecież tak jak powiedział to był atak.
- Albo jeśli..em...nie wiem jak ci to wytłumaczyć...
- Najprościej.
- Kiedy wampir, oczywiście cały czas mówimy o tym moim gatunku, jest z...em..nie wampirem, przypomnij mi żebym do tego wrócił, to, np. Jest wampir, który jest z normalną kobietą...gryzie ją inaczej. W inny sposób. Ona sama musi się zgodzić żeby mógł się na niej żywić. Żywi się na nadgarstku, ale i szyi. Jest to znak uczucia pomiędzy nimi. Podczas ataku byłaś sparaliżowana, a podczas takie czegoś jest zupełnie inaczej... - skończył monolog.
- Wasz świat jest zagmatwany...a ta kobieta musi się stać wampirem?
- Nie, ale chce, praktycznie w znacznej części takich przypadków.
- O! Jeszcze miałeś powiedzieć o tym...no z kim są wampiry - przypomniałam.
- No tak...wampir może być z człowiekiem, czarownicą...powiem tak nie może być z wilkołakiem, gdyż traktowane jest to jako zdrada.
Ich świat...bardziej zagmatwany i dziwny od naszego.
      Siedzieliśmy w ciszy. Wiedziałam, że muszę iść do domu, ale bałam się. Po jakichś 15 minutach stwierdziłam, że chcę mieć to jednak za sobą.
- Odwiozę cię -zaproponował kiedy staliśmy już na werandzie.
- Nie dziękuję...przejdę się trochę...
- Okay, ale uważaj na siebie -uśmiechnął się.
Zeszłam po schodkach i przeszłam ścieżką do furtki. Cały czas odprowadzał mnie wzrokiem. Uśmiechnęłam się na pożegnanie i zniknęłam za zakrętem.
       Nie miałam pojęcia co im powiedzieć... Szłam wolno, obmyślając wszystko po kolei. Było trochę pochmurno i zapowiadało się na deszcz. Kiedy nadciągnęły kolejne ciemne chmury przyspieszyłam kroku. Pomału otworzyłam drzwi frontowe i weszłam do domu. Siedzieli na sofie. Panowała cisza. Podeszłam bliżej. Nic nie mówiłam.
- Elizabeth... -wyszeptała mama ze łzami w oczach.
- Wróciłam...
- Jeżeli zechcesz się wyprowadzić całkowicie to zrozumiemy -powiedział tata opanowanym głosem.
- Nie wiem...może. Dzisiaj idę do Lily. Chciałyśmy coś razem wynająć już od dłuższego czasu.
- Pamiętaj, że to zawsze będzie twój dom, że zawsze będziesz mogła tu wrócić kiedy tylko zechcesz -powiedziała cicho mama.
- Wiem...a w zawsze będziecie moimi rodzicami...Tylko, że muszę sobie wszystko poukładać, pomyśleć co dalej -stwierdziłam.
Na ich twarzy obojga pojawił się uśmiech.
- Oczywiście... -przytulili mnie.
Poszłam do siebie. Musiałam to wszystko sobie poukładać i wynająć jakieś mieszkanie... Nie długo miałam się stać nadprzyrodzonym bytem. Musiałam uważać.
***
       Siedziałem na balkonie. Myślałem o tym wszystkim co się wydarzyło. Jeszcze pierwsi... Jeżeli dowiedzą się, że pomagam wilkołakowi....Jestem martwy. Cóż za dużo się nie zmieni. Nie mogłem zawieść Elizabeth. Nie takiego życia dla niej chciałem.
Postanowiłem przejść się trochę po mieście. Uwielbiałem obserwować ludzi. Nie musiałem się nigdzie śpieszyć. Tylko ja i moje myśli. Po jakimś czasie postanowiłem wstąpić do Matta. Chciałem porozmawiać z nim po męsku w cztery oczy. Adres miałem od Elizabeth. Od razu trafiłem w wyznaczone miejsce. Zadzwoniłem przez domofon. Chwilę zajęło zanim dał się przekonać na rozmowę, ale w końcu wpuścił mnie do środka.
- Jak się czujesz? -spytałem.
- Wspaniale! A jak myślisz? -odpowiedział.
Był wściekły. Całkowicie to rozumiałem.
- Dasz sobie rade...
- Powiedz mi...dlaczego teraz? -spytał już trochę spokojniej.
- Nie wiem. Wilki żyją w odosobnieniu. Mało o nich wiemy -odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Super...
Usiedliśmy się na kanapie. Chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wszystko się zbiegło w jednym czasie.
- Słuchaj... Co łączy ciebie z Elizabeth? Tak szczerze...
- Przyjaźnimy się. Chcę jej pomóc...
- Podoba ci się?
- Jest piękna, mądra i inteligentna...
- Tak, tak to już wszyscy wiemy. Spytam jeszcze raz. Podoba ci się? -nie dawał za wygraną.
- Może...nie wiem -wymamrotałem.
- Haha. Około 19:00 idzie z Lily na ognisko. Ja sobie odpuszczam, a tobie już zapisuje adres -wstał i wział jakiś notes.
- Dlaczego to robisz? -byłem zdziwiony.
- Chcesz dla niej jak najlepiej. Potrzebuje kogoś kto będzie taki opanowany i się nią zaopiekuje -odpowiedział i dał mi kartkę.
- Dzięki.
Posiedziałem z nim jeszcze trochę i postanowiłem wrócić do siebie. Matt okazał się spoko facetem. Kiedy szedłem czułem, że ktoś mnie obserwuje. Kiedy się odwróciłem zboczyłem funkcjonariusza policji. Młody mężczyzna stał oparty o radiowóz i wpatrywał się we mnie. Nie musiałem specjalnie się wysilać, żeby wyczuć w nim wilka. To był on czułem to. On też dobrze wiedział o mojej naturze. Uśmiechał się bezczelnie. Wszytko się we mnie gotowało, a on mnie tylko prowokował. Z nieschodzącym uśmiechem z jego twarzy wszedł do auta i odjechał. Musiałem go dorwać.
        Przed 19:00 byłem w wyznaczonym przez Matta miejscu. Ognisko już się zaczęło. Wszyscy się świetnie bawili prze żywej muzyce. Przepychałem się przez tłum aż w końcu zauważyłem Beth. Stała z Lily i Ashem. Podszedłem do nich.
- Hej -przywitałem się.
- Siema stary! -zawołał Ash i przybiliśmy piąteczkę.
- Super, że wpadłeś! Ok zostawiamy was samych. Do potem -powiedziała Lily i zginęła w tłumie ze swoim chłopakiem.
- Co ty tu robisz? -spytała.
Na twarzy miała uśmiech. Dawno go już nie widziałem.
- Matt mi podał adres.
- Matt?
- Tak. Byłem dzisiaj u niego. Jakoś się trzyma -wyjaśniłem.
- To miało być ognisko dla najbliższych przyjaciół -zaśmiała się i wskazała na ogromny tłum.
- Chodźmy się przejść -zaproponowałem.
Przytaknęła. Nie było łatwo przepchać się ponownie przez ten tłum, ale w końcu nam się udało.
Skierowaliśmy się w stronę lasu. Najpierw szliśmy w ciszy.
- Dawno nie szłam już na spacer do lasu... - pierwsza przerwała ciszę.
- Dlaczego?
- Wiesz...ostatni jakiś wampir mnie zaatakował... -uśmiechnęła się.
- Przepraszam....znowu...
Nagle poczułem jak przytula się do mojego ramienia. Oplatała je swoimi rękami. Była to miłe uczucie.
- Gdzie mnie porywasz? -spytała.
- Nie wiem... Gdzie nas nogi poniosą -odparłem.
- Emily wróciła?
- Jeszcze nie. Miała napisać jak już będzie.
- Och...biedny. Musisz się męczyć.
- Nie jest źle. Uwierz mi bywało gorzej.
Bywało znacznie gorzej, ale nie chciałem jej tym zanudzić czy zamartwiać.
- Bardzo martwię się o Matta...
- Wiem. Jest silny. Da sobie radę -zapewniałem.
- Gdzie się przemieni?
- Niedaleko mojego domu jest stary pustostan. Niestety trzeba będzie go przykuć. Nie możemy sobie pozwolić na to, że ucieknie i narozrabia -objaśniałem.
Przytaknęła. To był najlepszy sposób żeby zapanować nad tą sytuacją.
- Bardzo będzie cierpiał?
- Zawsze się mówi, że pierwsza przemiana jest najgorsza. Każda kolejna pełnia jest prostsza.
- A tamten wilk? On się przemienia kiedy chce...
- Musi być alfą. Nie pytaj o więcej. Tylko tyle wiem. Wszystko o wampirach, wiedźmach, wilkołakach wiedzą tylko dwie osoby...
- Pierwsi -dokończyła.
Długi czas szliśmy w ciszy. Elizabeth miała mętlik w głowie. Bardzo się bała.
- Chcesz już wracać? -spytałem.
- Tak...Odprowadzisz mnie do domu?
- Oczywiście -ucałowałem ją w skroń.
      Na jej ulicy było pusto. Panowała cisza, a czyste powietrze przepełniało płuca. W domu Elizabeth było ciemno.
- Jeszcze ich nie ma. Wspominali, że pojadą do cioci, pewnie przyjadą jutro -wytłumaczyła od kluczjąc drzwi.
- Do..
- Wejdziesz? -przerwała szybko.
- Jasne... - odparłem jednak nie mogłem przekroczyć drzwi.
Beth spojrzała na mnie pytająco.
- Em...Jonathan?
- Dom jest twoich rodziców tak?
- Mhm..
- Nie mogę wejść -odparłem.
- Dlaczego?
- Zapomniałem o tym wspomnieć. Jeżeli dom jest śmiertelnika potrzebuję jego zgody na wstęp, jako wampir -wyjaśniłem stojąc w progu.
- Poczekaj tu - szybko powiedziała i zniknęła za drzwiami.
Wróciła z dużym kocem.
- Co ty wyprawiasz?
- Posiedzimy na werandzie -uśmiechnęła się.
Usiedliśmy się na kanapie, a Elizabeth przykryła nas kocem.
- Nie chcę żebyś się przeziębiła...
- Oj tam. Lepiej mów czy już wiesz kto może być tym tajemniczym wilkołakiem -zaczęła.
- Mam podejrzenia, ale błagam nie mówmy już o tym...proszę...
- Okay. Zachowujmy się jakbyśmy byli normalnymi ludźmi -powiedziała i oparła się o moje ramie.
Rozmawialiśmy o gwiazdach i różnych błahostkach. To była nasza taka pierwsza, normalna rozmowa. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy. Poczułem ogromny głód, a wiadomości od Emily nadal nie było.
- Powinienem już iść - wyszeptałem.
- Najpierw się pożyw -wyciągnęła nadgarstek.
Nie protestowałem. Od razu wbiłem kły i już po chwili czułem ten cudowny smak. Smak ludzkiej krwi. Oderwałem się od niej. Tak bardzo pragnąłem więcej. Budził się w mnie instynkt prawdziwego wampira, ale nie mogłem jej skrzywdzić. Podałem jej krew i poczułem dźwięk sms-a.
Od: Emily
Kolacja gotowa.
- Leć. Dobranoc -pożegnała się.
- Dobranoc -powiedziałem szybko i zniknąłem.
    Już po chwili byłem w domu. Weszłam do pokój gdzie mieliśmy dużą lodówkę na worki z krewią. Emily wypakowywała je. Zrobiła solidne zapasy.
- Co tak długo?
- Nie marudź. Ciesz się, że są -odpowiedziała.
- Dziękuję....
- Okay ja idę się położyć. Jestem padnięta.
Wyszła z pomieszczenie. Ja od razu otworzyłem pierwszy worek i zacząłem sączyć krew. Wbiłem chyba z pięć worków na raz. Czułem się taki silny. Czułem, że...żyję. Dawno tego nie czułem.  Brakowało mi tego, ale wiedziałem, że nie mogę tak funkcjonować. Te worki musiały starczyć mi i Emily na jakiś czas. Nie mogliśmy wzbudzać niczyich podejrzeń.

czwartek, 4 czerwca 2015

Rozdział 8

      Obudził mnie hałas dochodzący z ulicy. Zdziwiło mnie to...myślałem, że mieszkam na odludziu.
Narzuciłem na sobie czarny, cieki porannik i wyszedłem przed domu. Stanąłem na werandzie i spojrzałem zdziwiony.
- Emily? - zawołałem siostrę.
Rozmawiała z kilkoma mężczyznami, którzy przyjechali dużą ciężarówka. Głośno dyskutowali przy czym często wybuchali śmiechem.
- Dzień dobry braciszku! - zawołała uśmiechnięta.
Nie odpowiedziałem. Cały czas stałe na werandzie z pytającym wzrokiem. Pożegnała się z mężczyznami i podeszła do mnie.
- Kim oni byli? - spytałem podejrzliwie.
- OH. Nie mówiłam ci? Pomagamy w ufundowaniu imprezy i stypendiów.
- Co?!
- No. Impreza jest w piątek o 18:00 w głównej sali ratusza. Przyjdź z Liz - powiedziała i weszła do domu.
- Czemu nic o tym nie wiem?
- Byłeś zajęty swoją dziewczyna
- Uznajmy, że tego nie słyszałem... Poszedł do sobie. Założyłem czyste ubranie. Potrzebowałem spaceru. Przed wyjściem sprawdziłem telefon. Trzy niedobrane i jeden SMS od Elizabeth.
Od:Elizabeth
Matt dzisiaj wychodzi. O 14:00 bądź pod szpitalem. Przyjedz autem.
Do:Elizabeth
Będę.
Krótko i na temat. Nie chciała mnie widzieć... Odrzuciłem od siebie te myśli. Wziąłem kluczyki od samochodu i skierowałem się do garażu.
  Słyszałem nawoływania Emily za sobą, ale ją zignorowałem. Odpaliłem auto i ruszyłem.
     Pod szpitalem byłem znacznie wcześniej. Nawet dobrze...musiałem sobie poukładać w głowie jak mam o tym mu powiedzieć. Bardziej martwiłem się o Elizabeth.
***
     Tak bardzo chciałam mieć to już za sobą. Bałam się reakcji Matta... Od jakiegoś czasu żyłam w ciągłym strachu. Chciałam się komuś wygadać... Wypłakać, ale nawet nie miałam komu.
Zanosiło się na deszcz. Pogoda lubi odzwierciedlać moje uczucia.
- Podwieś panią? - usłyszałam głos mężczyzny i zwalniające przy mnie auto.
- Hej Will. Nie dzięki, właściwie już jestem na miejscu... - odpowiedziałam.
- No cóż..innym razem.  Do zobaczenia Elizbaeth! - pożegnał się miło i odjechał.
Muszę przyznać, że do twarzy mu w mundurze... Chwila...dopiero po chwili zauważyłam, ze był w mundurze szeryfa i jego aucie. Musiałam przystanąć na chwile... Jednak szybko ruszyłam dalej. Żadnych tajemniczych facetów w moim życiu.... Powiedziałam sama do siebie. W tym samym momencie zobaczyłam Jonathana stojącego przy swoim aucie. Całkiem niezłe... Nie powiem.
- Witaj Elizabeth... - powiedział tym swoim cudownym głosem.
- Hej... Pójdę po Matta. Poczekaj tu - powiedziałam spokojnie.
Nie patrzyłam mu w oczy. Nie umiałam, nie chciałam.
On tylko skinął głową na znak zgody, a ja poszłam do szpitala.
Matt już czekał na mnie na korytarzy z wypisem i małą torba.
- Hej...jak się czujesz? - spytałam przytulając go.
- O wiele lepiej, ale chodźmy już stąd... Błagam! A ten twój kolega tu jest? -spytał podejrzliwie.
- Em..tak. Podwiezie nas...tylko, że musimy na chwilę jechać do niego... - starał się nie poplątać.
- Okay...ufam ci.
  Uśmiechnęłam się tylko do niego i wyszliśmy ze szpitala.
Jonathan stał dokładnie w tym samym miejscu co przedtem. Podeszliśmy do niego.
- Hej. Jestem Jonathan - przywitał się z uśmiechem.
- Matt, miło mi - odwzajemnił niepewnie uśmiech.
Podali sobie ręce na przywitanie i weszliśmy do auta. Jechaliśmy w ciszy. Nie umiałam spojrzeć przyjacielowi w oczy. Czułam się okropnie. Wpatrywałam się w krajobraz przez szybę. W końcu dojechaliśmy do jego domu. Jeszcze tak zdenerwowana nigdy nie byłam...
  Weszliśmy do domu również w ciszy. Matt rozglądał się niepewnie. Był całkowicie zdezorientowany.
- Siadajcie - powiedział.
Zajęliśmy miejsca na kanapie. Jonathan stał, oparty łokciami o fotel. Matt spoglądał na mnie zmieszanym wzrokiem.
- Okay co się tu dzieje? - spytał w końcu.
Spojrzałam na Jonathana. Chciałam żeby to on zaczął. Ja najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam jak.
- Matt...zapewne nie uwierzysz, ale...jesteś wilkołakiem...
Mój przyjaciel wybuchnął śmiechem.
- On nie żartuje - powiedziałam z powagą.
Zapadła cisza.
- A kim ty jesteś? - zwrócił się do Jonathana.
- Wampirem...
- Jasne!
Wstałam i podeszłam do niego. Podwinęłam rękaw i wyciągnęłam w jego stronę nadgarstek. Matt obserwował każdy nasz ruch. Jonathan chwycił mój nadgarstek i wbił w niego kły.
- Zostaw ją! - krzyknął Matt.
Jonathan wykonał na spokojnie wszystkie czynności związane z uzdrowieniem mnie.
Zapanowała cisza. Stałam koło Jonathana, a Matt wpatrywał się w nas z osłupieniem.
- Ja też w to wszystko nie wierzyłam...., a nawet jestem częścią tego wszystkiego... -powiedziałam spokojnie.
- To może zacznę od początku... -powiedział Jonathan.
      Matt słuchał wszystkiego uważnie, jednakże z przerażeniem, niepewnością i strachem. Ja siedziałam ze spuszczonym wzrokiem. To wszystko nie miało sensu. To wszystko nie powinno istnieć, a przynajmniej nie w naszym świecie.
W końcu skończył. Zapanowała ta potworna cisza....
- We wszystkim ci pomożemy, tylko nam zaufaj -powiedziałam.
- Mam inne wyjście? -wyszeptał.
***
      Zbliżała się 19:00. Matta już z nami nie było. Odwiozłem go do domu. Obiecał stawić się u mnie kiedy będzie pełnia. Chciał pobyć trochę sam, poukładać sobie wszystko. Stałem na balkonie. Elizabeth siedziała na łóżku. Cały czas starała się być opanowana.
- Dlaczego zostałaś? -spytałem kierując się w jej stronę.
- Nie wiem... Muszę wynająć mieszkanie -powiedziała ze spuszczonym wzrokiem.
- Zawsze możesz się tu zatrzymać -oznajmiłem.
- Nie mogę -spojrzała na mnie, a w jej oczach były łzy.
-Elizabeth... Spokojnie, będzie dobrze.
- Jestem adoptowana... Mój najlepszy przyjaciel okazał się wilkołakiem, a ja właśnie siedzę sobie w jednym pokoju z wampirem, któremu zaufałam. Nie mogę o tym powiedzieć Lily, żeby ją chronić przed tym wszystkim. No i na domiar złego jestem jakąś pieprzoną strażniczką! -wybuchnęła, a łzy spłynęły jej po policzkach.
Usiadłem się na przeciwko niej. Ująłem delikatnie jej dłoń.
- Co mam zrobić? -spytałem cicho.
- Nie wiem... Ja już nic nie wiem. Chyba pójdę do domu i pogadam z...rodzicami. W środę jest ognisko więc trzeba będzie poudawać, że wszystko jest okay, a w piątek sąd ostateczny...
- Nie..dzień sądu dopiero nadejdzie... -stwierdziłem.
Zapanowała cisza. Po chwili usłyszeliśmy stukanie kropel deszczu w okna, które zaczęło się nasilać.
- Lepiej będzie jak już sobie pójdę -powiedziała wycierając policzki.
Wstała i skierowała się w stronę drzwi. Szybko odgrodziłem jej drogę.
- Źle wyglądasz... Powinnaś odpocząć. Kiedy ostatnio jadłaś?
- Dzisiaj jakiś jogurt.. Przepuść mnie -wymamrotała.
- Najpierw coś zjesz. Poczekaj tu, zaraz ci coś przyniosę -powiedziałem twardo.
Posłuchała mnie. Usiadła się z powrotem na łóżko, a ja poszedłem do kuchni. Przygotowałem dla niej kilka kanapek i zrobiłem hetbatę z cytryną.
- Już jestem -powiedziałem wchodząc do pokoju.
Elizabeth leżała zwinięta na łóżku. Spała. Odłożyłem przygotowany dla niej posiłek na szafkę nocną i zbliżyłem się do niej. Przykryłem ją kołdrą i ucałowałem w skroń. Poszedłem po list dla niej. Usiadłem się przy biurku i kontynuowałem pisanie.
"...Zaraz po jej śmierci oddałem dziecko do sierocińca. Zadbałem o to by była bezpieczna i żeby trafiła do dobrych ludzi. Miałem szczęście, bo tak się stało. Nie mogłem wymarzyć sobie dla niej lepszej rodziny. Wyjechałem. Jednakże widziałem ją na wakacjach, koloniach...widziałem, że była szczęśliwa. Chciałem, żeby jej życie zawsze tak wyglądało...niestety.
     Elizabeth, przepraszam. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz..."
- Jonathan? -usłyszałem delikatny głos Elizabeth.
Obudziła się i siadała na łóżku. Szybko schowałem list do biurka i podszedłem do niej.
- Tak?
- Mogę dzisiaj zostać?
- Oczywiście... -uśmiechnąłem się.
Wręczyłem jej kanapki, a ona wyszeptała dziękuję.
- Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?
- Nie mam pojęcia co im powiedzieć, jak się zachować... -odpowiedziała.
Nic nie odpowiedziałem. Z dnia na dzień wyglądała coraz gorzej, była coraz słabsza. Naszą ciszę przerwało wycie wilka. Od razu znalazłem się na balkonie. Elizabeth podbiegła do mnie i stanęła za mną. Poczułem jej dłonie na swoich ramionach. Stała na palcach, a mimo to i tak była o jakieś pół głowy niższa.
- Nie przejmuj się tym... Musimy się zająć pierwszymi i Mattem. To może poczekać... - powiedziała łagodnie.
Wycie nie ustawało. Wiedział, że to słyszę, wiedział, że chce go odnaleźć wśród drzew lasu. Byłby to pojedynek, gdzie tylko jeden z nas by wyszedł cało. Prowokował mnie. Gdyby nie Elizabeth...już dawno tam bym był. Dobrze, że była przy mnie.
- Jasne... Chodź -odwróciłem się do niej.
Wziąłem ją za rękę i weszliśmy do pokoju. Dokończyła kanapki i herbatę. Ten przeklęty kundel ciągle sobie ze mną pogrywał.
- Nie waż się tam iść -powiedziała stanowczo.
- Dobrze.. Połóż się już.
Odłożyłem naczynia, a Beth przykryła się kołdrą. Beth...spodobało mi się to zdrobnienie.
Zająłem miejsce koło niej. Leżeliśmy stosunkowo blisko siebie.
      W pokoju panował mrok. Beth już spała. Leżała odwrócona w moją stronę. Dokładnie czułem jej oddech. Leżałem tak z godzinę wpatrując się w nią, aż w końcu i ja zasnąłem.

niedziela, 10 maja 2015

Rozdział 7

     Rano zaczęłam szukać się do szpitala. Musiałam jeszcze wstąpić do sklepu po jakieś owoce i coś do picia. Wcisnęłam na nogi stare trampki i zbiegłam po schodach.
- Elizabeth! - zawołała mnie mama.
  Cofnęłam się do salonu. Rodzice siedzieli razem na kanapie z poważnymi minami. Chciałam po prostu wyjść. Czułam, że nadchodzi kolejna szokująca i smutna wiadomość.
- Usiądź z nami na chwile - powiedziała delikatnie mama.
Tak też zrobiłam. Zajęłam miejsce na fotelu, po skosie do nich.
- Tak? Coś się stało? - nie ukrywałam, że trochę mi się śpieszy. - Chcieliśmy ci o tym powiedzieć jak miałaś osiemnaście lat, ale... Byłaś taka szczęśliwa i my... Na prawdę przepraszamy, że to ukrywaliśmy... Elizabeth... My cię adoptowaliśmy - powiedział spokojnie tata.
Widziałam jak ciężko przychodziło im każde kolejne słowo.
Nic nie mówiłam. Nie wiedziałam co. Wychowywali mnie i byli dla mnie rodzina przez 20 lat. Nie można tego przekreślić.
- Pogadamy wieczorem... Idę do Matta - nic więcej nie mogłam z siebie wydusić..
      Na chodnikach była spora masa ludzi. Szłam zamyślona. Nie widziałam komu o tym powiedzieć. Normalnie zadzwoniłabym do Lily, jednak teraz... Pierwszą osobą na myśl przyszedł mi Jonathan. Nagle poczułam, że straciłam grunt i wylądowałam na czymś twardym, s mianowicie chodniku.
- Nic ci nie jest? - usłyszałam zatroskany głos jakiegoś mężczyzny.
- Nie...
Podał mi ręce i pomógł wstać.
- William - przedstawił się.
- Elizabeth. Przepraszam, że w ciebie wleciałam.
- Nic się nie stało - uśmiechnął się.
Był niższy od Jonathana. Bardziej we wzrośnie Matta. Miał kruczo czarne włosy i piękne, zielone oczy. Dobrze zbudowany i z cudnym uśmiechem.
- Przepraszam nie będę cię zatrzymywać. Wyglądasz jakbyś się gdzieś spieszyła.
- Tak do przyjaciela. Jest w szpitalu... - nie mam pojęcia czemu mu to powiedziałam.
Mógł być seryjnym morderca.... Dwójka z moich znajomych już nimi jako tako jest.
Szybkim krokiem odeszła od niego bez pożegnania. Po drodze myślałam nad wszystkim. Co mam powiedzieć rodzicom jak wrócę.... Kto był moimi biologicznymi rodzicami. Dlaczego od razu mu zaufałam? Może mnie jakoś zahipnotyzował? Albo po prostu jestem naiwna... A zresztą! Jesteś dorosła, każdy w życiu musi popełnić jakiś błąd.
Zorientowałam się, że jestem już kolo szpitala. Skierowałam się do sali Matta. Po drodze porozmawiałam z jego lekarzem. Na szczęście było już z nim lepiej.
- Hejkaaaa! - przywitałam się radośnie.
- Hej! Wejdź - uśmiechnął się.
Nie wyglądał jeszcze najlepiej.
- Jak się czujesz?
- Jestem głodny jak wilk - odparł głośno wzdychając.
Jak wilka... Nie chciałam mu o tym powiedzieć. To nigdy nie powinno go spotkać...
- Przyniosłam ci trochę owoców i coś do picia - powiedziałam.
- Co się dzieje? - spytał łagodnie i chwycił moją dłoń.
- Martwię się o ciebie... Jak już wyjdziesz chce żebyś kogoś poznał - oznajmiłam uśmiechając się do niego delikatnie i siadając na skraju łóżka.
- Kogo? - spytał podejrzliwie.
- Kolega. Lekarz powiedział że za jakieś dwa dni, jak będzie wszystko dobrze to cie wypuszcza.
***
      Siedziałam przy biurku. Wokół mnie leżały kulki z papieru. Chciałem napisać list do Elizabeth... Żeby się pożegnać. Nie mogłem tu być. Nie mogłem patrzeć jak cierpi. Najgorsze było to, że potrzebowałem jej coraz mocniej w moim życiu każdego dnia, ale co to za życie, które ciągnie się od czterystu lat.
~Elizabeth... Nie jest łatwo mi do ciebie o tym pisać. Błagam tylko abyś przeczytała ten list to końca. Pojawienie się w twoim życiu było najgorsze co mogłem zrobić. Wybacz mi. Chciałbym Ci wytłumaczyć kilka rzeczy, o których nie widziałam jak ci powiedzieć.
    Znałem kiedyś piękna i mądra wiedźmę o imieniu Katherin. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi . Jednak pewnego dnia wilki ją zabiły. Zdarzyła urodzić śliczną córeczkę o imieniu Rebekah. Przyrzekłem chronić jej rodziny. Katherin zmarła w 1659. Od tamtego czasu nie miałam bliskich kontaktów z jej potomkami. Robiłem wszystko aby byli bezpieczni. Do czasu... Dwadzieścia parę lat temu. Spotkałem ją przypadkiem. Była w ciąży. Wszystko miało być, a jednak... Nie przeżyła porodu, jednak wcześniej zapisała na karteczce imię dla dziecka. Wiedziała, że to będzie dziewczynka. Dostała imię Elizabeth...
~
- Jonathan! - głos mojej siostry przerwał mi.
 Zbiegłemna dół. Stała w salonie z poważną miną.
- Co się stało?
- Była w lesie i natknęłam się na zwłoki sarny...
- Co w tym niezwykłego?
- To że była rozszarpana, a wokół znalazłam wilczą sierść...Ten cały Matt jest jeszcze w szpitalu.. Tu muszą być inne...
Jeszcze tego brakowało. Bez słowa wróciłem do siebie. Schowałam list w kopertę i zaniosłem go tam gdzie nikt nie znajdzie...to starej trumny. Nie chciałem żeby ktokolwiek go przeczytał. Miał być do Elizabeth i tylko do niej. Na dodatek jeszcze go nie skończyłem.
     Kiedy wróciłem do pokoju sprawdziłem telefon... Sześć nie odebranych od Elizabeth. Wyszedłem na balkon i oddzwoniłem.
- Witaj. Coś się stało? - zacząłem.
- Nie.. Po prostu... Matt wychodzi za dwa dni. Chciałabym mu o tym powiedzieć u ciebie...
- Nie. Chciałabyś żeby to ja powiedział, że twój przyjaciel zmienia się w bestie pod postacią wilka... - rozpędziłem się.
- Nie chce pomóc to nie... - usłyszałem.
- Oczywiście, że pomogę... Spokojnie.
Rozłączyła się. Może mogłem sobie odpuścić te komentarze.
Czułem czyjś wzrok na sobie. Spostrzegłem stojącego w lesie mężczyznę. Wilk...czułem to.
- Hej... - ona.
- Co tutaj robisz Elizabeth?
- Myślałam ze mogę tutaj przychodzić...
- Oczywiście, że tak..Przepraszam. Coś się stało? - starałem się być spokojny, ale nie odwróciłem się.
- To chyba ja się powinnam o to ciebie spytać - czułem jak szła w moja stronę.
Odwróciłem się pomału, a mężczyzna zniknął.
- Pomogę ci z nim. Po prostu... On jest wilkiem, a na pewno niedługo zjawi się Alfa i Omega... - starałem się być opakowany.
- Wiem...
- Następna pełnia będzie za tydzień... Musimy go przygotować.
- Jak?
- Powiemy mu wszystko. Tak będzie najprościej,  a i Elizabeth... Uważaj na siebie. Nie wychodź wieczorami z domu...
- Co się dzieje? - spojrzałem jej w oczy.
Widziałem w nich tylko strach.
- Po prostu się martwię...
Skierowałem się w stronę wyjścia. Liczyłem, że pójdzie za mną. Kiedy się odwróciłem ona ciągle stała przy balkonie. Nie chciałem tego  robić, ale chciałem żeby oszczędziła sobie trud powiedzenia tego. Wszedłem do jej umysłu. Od razu odnalazłem przytłaczającą ją myśl
- Elizabeth... Przykro mi... - mogłem się tylko domyślać co czuła.
- Odpowiedz mi tylko na jego... Wiedziałeś? - w jej głosie był żal.
- Tak... Nie miałam pojęcie jak ci to wytłumaczyć... - po jej policzku spłynęła samotna łza. Wyszła z mojego pokoju. Nie zatrzymywałem jej. Nie chciałem tego pogorszyć. Usłyszałem tylko trzaśnięcie głównych drzwi, a potem jej płacz.
***
      Na moich policzkach pojawiały się ciągle świeże łzy. Nie patrzyłam gdzie idę. Na chodniku było pusto, więc mogłem sobie na to pozwolić, a jednak... Poczułam jak na kogoś wpadam, jednak nie ląduje na ziemi. Czuje jak ktoś mnie podtrzymuje przed mało miłym spotkaniem z chodnikiem.
- Już drugi raz dzisiaj Elizabeth - słyszę lekko rozbawiony głos mężczyzny.
- William - wyszeptałam i stanęłam na równe nogi.
- Nie jest wart twoich łez - oznajmił.
- To nie przez chłopaka...właściwie po części... Okay przez niego... -poddałam się.
- Odprowadzę cię, nie powinnaś chodzić o tej porze sama.
- Wybacz, ale jednemu zaufałam za wcześnie i nie najlepiej na tym wyszłam... - starałam się powiedzieć to delikatnie.
- Nie będę nalegać. Do zobaczenie. Miłej nocy Elizabeth - uśmiechnął się przyjacielsko.
- Do zobaczenia Will - odwzajemniłam uśmiech i ruszyłam dalej.
     Rodziców nie było. Może i lepiej. Nie miałam jeszcze po układane w głowie co mam im powiedzieć. Wzięłam długa, ciepłą i relaksacyjną kompie. Położyłam się na łóżku i wziąłem się za książkę, która miałem przeczytać z jakieś trzy miesiące wcześniej. Mój czas relaksu przetrwał telefon od Lily.
- Hejjjjj! Co tam? - usłyszałam radosny głos dziewczyny.
- Hej. Nudy... jak zawsze - tęskniłam za czasami gdzie to stwierdzenie było prawdziwe, bo ostatnio o moim życiu nie można powiedzieć, że jest nudne.
- To dobrze. W środę jest ognisko!
- Gdzie?
- U Asha. Może Matt da radę przyjść. Byłam u niego dzisiaj, wyglądał już lepiej. No i nie zapomnij przyprowadzić swojego tajemniczego kolegi...
- Taa...zobaczę...
- Okay! Jejku już się nie mogę doczekać! - była cała podekscytowana, a przecież to tylko ognisko.
- Ja też. Do zobaczenia - przegnałam się i odłożyłam słuchawkę.
Wtedy zatęskniłam za normalnym życiem. Położyłam się i przykryłam kołdra. Kiedy już zasypiałam usłyszałam wycie wilka. Pierwsze o kim pomyślałam to Matt, ale przecież on był jeszcze w szpitalu, a po za tym nie było pełni. Tylko, ze naszych lasach nie ma wilków... To musiał być inny Wilkołak, a to nie wróżyło nic dobrego.

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 6

      Cały tydzień z niecierpliwieniem czekałam na piątek.
Matt rzeczywiście okazał się chory. Nie wyglądał najlepiej. Czułam się źle z tym, że idę do Jonathan zamiast być przy moim przyjacielu.
      Kiedy byłam już przed jego domem zapukałam delikatnie. Nie musiałam się wysilać i tak by usłyszał. Już po chwili drzwi otwarły się. Jonathan stał przede mną w rozczochranych włosach, jak przeważnie. Były one ciemniejsze, ale jeszcze nie czarne. Moja teoria była taka, że kiedy robili się ciemno jego włosy tez, no i kiedy pochmurno. Jego strój nie różnił się od poprzednich, czyli koszula i spodnie, obowiązkowo w ciemnych kolorach.
- Zapraszam - powiedział łagodnie.
Weszłam do środka i odwiedziłam kurtkę.
W salonie siedziała kobieta o pięknych, blond lokach. Miała duże, błękitne oczy. Siedziała w fotelu na przeciw mnie. Na sobie miała sukienkę w kolorze ultramaryny.
- Elizabeth, poznaj moją siostrę Emily - przedstawił nas sobie.
Dziewczyna podeszła do mnie i uścisnęłyśmy sobie ręce.
Jonathan nic nie wspominał o siostrze, dlatego byłam w lekkim szoku.
Usiedliśmy się w trójkę na kanapie.
- Jonathan dużo mi o tobie mówił - zaczęła.
Uśmiechnęłam się tylko. Czułam się trochę niezręcznie.
    Po jakichś 5 minutach wciągnęłam się do rozmowy Emily była dla mnie bardzo miła. Dowiedziałam się, że została przemienienia dwa lata bo swoim bracie przez Omegę w Londynie. Opowiedzieli mi również o tym że pierwsi mają się obudzić.
- Nie musisz się o nic martwić. Będziesz bezpieczna - zapewniała mnie blondynka.
- Dziękuję - uśmiechnęłam się do niej.
- Nie martw się o swoich przyjaciół - powiedział troskliwie Jonathan.
Czasami to mnie przerażało. Od tak mógł wejść do mojego umysłu.
- Nie, nie wchodzę od tak do twojego umysłu - zaśmiał się.
- Skończ... - posłałam mu lodowate spojrzenie.
- Ale dziękuję. Tez sądzę, że ta koszula dobrze na mnie leży.
Wymyśliłam głośno powietrze, a Emily zaśmiała się cichutko.
     Po około 30 minutach, blondynka wyszła na spacer. Poszłam razem z Jonathanem do ogrodu. Na dworze było już szaro. Powietrze było chłodne i takie lekkie. Zamknęłam oczy. Poczułam coś dziwnego. Kiedy je otwarłam nie miałam pojęcia co się stało. Siedziałam na dachu!
- Jonathan?!
- Spokojnie. Taka... Wampirza sztuczka - wytłumaczył.
Usiadł się wygodnie. Ja byłam jak sparaliżowana.
- Weź mnie na dół... Błagam! - nalegałam.
Po chwili Jonathan był już na dole. Zostawił nie na dachu.
- To nie jest śmieszne! - krzyczałam.
- Zależy z czyjej perspektywy!
Nie widziałam co mam zrobić. Przyznać trzeba, że widok był stąd piękny, ale i tak chciałam jak najszybciej znaleźć się na dole.
- Skacz! - krzyknął.
- Nigdy! Weź mnie stąd!
- Skacz! Złapie Cię, obiecuję! - nalegał.
Chciałam żeby Emily jak najszybciej wróciła. Siedziałam tam, a robiło się coraz zimniej. Już po chwili usłyszałam nadchodzącą burze. Do tego zaczęło kropić. No pięknie... Deszcz nasilał się.
- Skoczysz?! - usłyszałam z dołu.
Znalazłam punkt skoku w postaci jakiegoś murku nad oknem. Nie przestawało padać, a burza była coraz bliżej. Moje ubranie szybko przemokło, a włosy lepiły mi się do twarzy.
Stanęłam na tym czymś i spojrzałam w dół. Stał tam czekając na mój ruch. Zamknęłam oczy i... Skoczyłam. Oczy otworzyłam po kilku minutach. Jonathan trzymał mnie na rękach.
- Widzisz... Pamiętaj, że zawsze Cię złapie...
Nic nie powiedziałam. Wtuliłam się w jego tors i poczułam łzy na moich policzkach. Wniósł mnie do domu, a następnie do swojego pokoju.
Podał mi koszulę i spodnie należące zapewnie do Emily.
- Przepraszam. Chciałem żebyś mi w końcu zaufała -  powiedział.
Siedziałam na jego łóżku. On usiadł się po tych słowach koło mnie.
- Ufam ci.. Tylko błagam nie każ mi więcej razy tego robić - wyszeptałam.
- Nie będę - obiecał i przytulił mnie.
***
    Elizabeth usunęła w moim łóżku. Nie miałem serca jej budzić. Siedziałem przy niej. W całym domu panowała cisza. Jej telefon nie przestawał dzwonić. Lily, Matt, mama... I tak w kółko. Wyciszyłem go żeby jej nie obudził. W pierwszej chwili chciałem odebrać, ale co ja miałem powiedzieć... No właśnie...
W tej ciszy było słychać jedno, pompujące krew serce. Moje, mimo iż nie mogłem żyć bez niego, nie wydawało żadnego dźwięku. Niemo pompowali krew demona.
      Zaczęła się wiercić, a już po chwili podniosła powieki.
- Długo spałam? - zapytała po cichu zaspanym głosem.
- Dwie godziny... - powiedziałem.
Na te słowa poderwała się lekko i sięgnęła po telefon.
- 10 nie odebranych od Lily, 7 od Matta i 20 od mamy... Jestem martwa... - stwierdziła.
Zadzwoniła do mamy. Wymyśliła historyjkę, że musiała się u mnie zatrzymać bo zrobiła się burza czy coś takiego... Chwila...
- Skąd twoja mama o mnie się? - spytałem kiedy zakończyła rozmowę.
- Powiedziałam jej tylko, że jesteś moim kolegą i, że masz na imię Jonathan - powiedziała siadając z powrotem na łóżko.
- Co z Emily? - spytała.
- Jest już u siebie - odpowiedziałem.
Widać, że była zmęczona. Zmęczona tym wszystkim co ją spotkało w ostatnim czasie. W jej pięknych, kasztanowych oczach nie było już tej radości ani blasku, który widziałem kiedy ją po raz pierwszy spotkałem. W jej oczach był strach i niepewność.
Nagle spostrzegłem mały punkt nad jej prawym nadgarstkiem. Zbliżyłem się do niej i uniosłem delikatne jej rękę.
- Coś nie tak? - spytał zdziwiona.
- Zawsze miałaś te znamię?
Mój wzrok utkwił w dwóch kreskach. Stykały się, a ich czubek był w linii prostej od opuszka środkowego palca. Gdy dołożyć jeszcze jedna linię widniałby tam rysunek trójkąta.
- Nie... Pierwszą mam od urodzenia, a ta druga... Nie mam pojęcia.. - powiedziała.
- Nie ważne... Idź spać - ucałowałem ją w skroń.
Położyła się i już po chwili czułem jak zasnęła.
Nie chciałem jej martwić. Stwierdziłem, że rano się tym zajmę. Położyłem się obok niej i zasnąłem.
***
      Obudziłam się. W całym pokoju panowała ciemność. Leżałam w podobnej pozycji jak ostatnio. Tym razem wiedziałam już, że nie przeszkadza mu to. Nogi mieliśmy splecione.
- Pobudka śpiochy! - momentalnie poderwałam się.
Nie widziałam do się dzieje. Powieki same mi się kleiły. Nagle całe pokoju oblała jasność, tak bardzo bolesna.
- Emily! - krzyknął Jonathan.
Przewrócił się na drugi bok i nakrył poduszką.
Rzeczywiście w drzwiach stała blondynka. Widać, że już od dawna na nogach.
  Zgasiłaświatło i odsłoniła zasłony.
Jonathan podniósł się energicznie. Całe czas miał zamknięte oczy. Był wściekły... Bardzo wściekły. Natomiast na twarzy Emily widniał uśmiech tryumfalny.
- Zrobiłam śniadanie. Chodź Liz - oznajmiła lekko rozbawiona.
Poszłam za dziewczyną. Śniadanie wyglądało cudnie.
- Ubrania wypiorę i ci oddam - przypomniało mi się, że cały czas mam na sobie jej ubrania.
- Przestań! Nie chodzę w nich, są twoje.
- Ale...
- Żadnego ale! Z wampirem się nie kłóci!
Nie drążyłam już tematu. Po 20 minutach dołączył do nad jegomość.
- Znalazłem! - oznajmił energicznie i rzucił nam na stół plik papierów.
- Co to? - spytał zdziwiona Emily.
Jonathan chwycił moją rękę i pokazał Emily moją rękę.
- Czy to jest to o czym ja myślę?! - spytała przerażona i sięgnęła po papiery.
Nie wiedziałam co się dzieje.
- To nie możliwe...! - ciągle powtarzała.
- Czy ktoś mi w końcu powie co tu się dzieje?!
Oboje spojrzeli na mnie. Chyba sami nie wiedzieli co mi powiedzieć.
- Liz... Jesteś Strażniczką... - powiedziała delikatnie.
- Czyli?! Mówiłeś, że w jesteście strażnikami
- Tak, ale... Jakby Ci to wytłumaczyć.. Emily?
- Już tłumaczę. Tak my jesteśmy Strażnikami Nocy. Chronimy noc przed wampirami, które nie kontrolują żądzy krwi oraz przed wilkołakami... Ale są też inni Strażnicy. Strażnicy Żywiołów. Wiem śmieszne, jak z bajki, ale to prawda. Ta gwiazda oznacza pewnie rytuał. Kiedy gwiazda, będzie już wyglądać jak gwiazda wypełni się pewnym kolorem, będzie to kolor twojego żywiołu - wytłumaczyła.
- Jaja sobie robicie?! - wybuchnęłam.
- Dasz sobie radę... Pomożemy Ci - uspokajał mnie.
Całą tą sytuację przerwał sms.
Od:Matt
Musimy się spotkać. Dzisiaj.
Do:Matt
Jasne. 16:00 w parku.
***
      Wylegiwałem się na kanapie. Ciągle myślałem o tym, że Elizabeth jest Strażniczką. Zaczęło ponownie padać. Krople deszczu odbijające się o szyby okien jak i o parapet uspokajały mnie. Od zawsze lubiłem kiedy pada. Ludzie siedzą w domach, a ja mogłem spokojnie pospacerować.
- Myślisz, że o to chodzi pierwszym?
- Nie wiem... - odpowiedziałem siostrze, a było już tak spokojnie.
- Nie chcę żeby coś jej się stało. Lubię ją... Ty ją też lubisz.. I to bardzo...
- O co ci chodzi?
- Podoba Ci się - powiedziała.
- Co?! - wybuchnąłem i podniosłem się.
Szeroko się uśmiechała. Jak jej mogło przyjść do głowy coś takiego. Poszedłem do sobie. Rozłożyłem wszystkie papiery jakie tylko miałem o Strażnikach na łóżku. Znalazłem informacje o pozostałej czwórce. Były to kobiety. Przemienione w wampiry, aby mogły żyć wiecznie z tym darem... Oni chcą ją zmienić!
Musiałem się jak najszybciej skontaktować z którymś z nich. Oczywiście na ten temat nic nie mogłem znaleźć.... Nic. Żadnych wzmianek gdzie mogą przebywać...
***
      Czekałam za nim od pół godziny. Nie odbierał telefonów, a ja stałam w deszczu. Zaczynałam się o niego bać. W końcu się zjawił. Wyglądał okropnie... Oczy miał całe podkrążone, był blady. Wyglądał jakby miał zaraz zemdleć.
- Matt co jest?!
- Elizabeth.. Nie wiem czuje się strasznie... W domu było okay, ale kiedy tylko wyszedłem na dwór... - mówił półszeptem.
- Idziemy do szpitala! - wzięłam go pod ramię i ruszyliśmy.
Do szpitala było niedaleko. Szliśmy powoli. Matt z każdą chwilą wyglądał coraz gorzej. Jego rodzice wyjechali półtorej roku temu. Zostawili go tu. Chcieli podróżować. Co miesiąc wypłacają mu na konto środki na przeżycie.
     Kiedy weszliśmy do szpitala zaczęłam wołać o pomoc. Matt zemdlał. Podbiegło dwóch lekarzy i pielęgniarka wzięli go na noszę i pojechali w głąb korytarza.
- Jest Pani jego siostrą? - spytała niska pielęgniarka.
- Nie przyjaciółką. Ma tylko mnie...
- Dobrze. Proszę za mną - uśmiechnęła się do mnie delikatnie.
     Tylko ja siedziałam na korytarzu. Czekałam aż skończą badania. Ten czas dłużył mi się nie miłosiernie. Nagle weszła Lily i Ash.
- Co się stało?! - zaczęła dopytywać.
- Nie wiem... - przytuliłam się do niej.
Czułam, że zaczęła płakać. Ja nie umiałam, nie mogłam. Panowała we mnie pustka. Niespodziewanie dołączył do nas Jonathan. Nie wiem skąd widział. Kolejna wampirza zdolność?
- Co z nim? - spytał.
Nic nie odpowiedziałam. Przykucnął przede mną i objął moje ręce. Wpatrywałam się w ścianę za nim. Długą cieszę przerwał lekarz, który wyszedł z pokoju gdzie był Matt.
- Wasz przyjaciel porządnie się zatruł. Zrobiliśmy już pukanie żołądka. Teraz czekamy... Wszystko będzie dobrze - powiedział i poszedł.
Ile razy już słuchałam to sformułowanie... Od Jonathana, Emily...
Pielęgniarka pozwoliła nam wyjść na kilka minut. Spał. Wyglądał strasznie... Kiedy spojrzałam na Jonathana w jego oczach widziałam strach.
      Pod szpitalem pożegnaliśmy się z Lily i Ashem. Czekałam aż odejdą.
- Mów! - zażądałam.
- Co..?
- Co się z nim dzieje? Mów!
- Widziałem już to kilka razy w swoim życiu.. Matt się zmienia.
- W co?! - czułam, że za chwilę wybuchnę.
- Wilkołaka... - powiedział cicho.
Przez chwilę było słychać tylko deszcz. Nic więcej. Nie mogłam w to uwierzyć.
- To wszystko przez ciebie! Gdybyś tu nie przyjechał! To....! - emocje wzięły górę.
Po policzkach zaczęły spływać łzy, jakby miały się nie skończyć. Rzuciłam się na niego z pięściami, chociaż wiedziałam, że to nic nie pomoże.
- Elizabeth... Hej...! Uspokój się... - próbował mnie przytulić, ale ja się ciągle wygrywałam.
Jeszcze nigdy nie czułam takiej wściekłości.
- Gdyby nie ja nie przemienił by się w wielka? To są geny... Wiesz co...dzięki mnie o tym wiesz i jesteś na to przygotowana... - w jego głosie nie byli złości ani wyrzutów.
Stałam przed nim. Czułam, że nadchodzi nowa fala łez, której nie jestem w stanie powstrzymać. Przytulił mnie do siebie. Nie protestowałam już. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo go potrzebuje w moim życiu. Moim nowym życiu.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Rozdział 5

      Przed 17:00 wyszłam z domu. Od razu zobaczyłam Jonathana. Podeszłam do niego ze spokojem.
- Hejka. Gotowy?
- Hej... Nie takie rzeczy się przechodziło - odpowiedział i ruszyliśmy w stronę kina.
W kinie byliśmy piętnaście po. Od razu jak weszliśmy zauważyłam Lily. Ash przytulał ją do siebie. Było to urocze, bo Lily nie sięgała my nawet do ramion.
- Hejka! -  rzuciła się na mnie Lily kiedy mnie tylko zobaczyła.
- No siemka - przytuliłam ją.
Ash podszedł do nas powolnym krokiem.
- To jest Jonathan, mój kolega - powiedziałam.
Przedstawili się sobie na wzajem. Czułam się niezręcznie. Może to był błąd zapraszając go.
     Weszliśmy do sali numer 4. Miejsca mieliśmy na samej górze. Okazało się, że jak być to jakiś film o wampirach. Na sali było bardzo mało ludzi. Zajęte były pojedyncze miejsca.
Film był BARDZO nudny. Lily o Ash zajmowali się ciągle sobą.
- Możemy stąd wyjść... - wyszeptał. Kiwnęłam twierdząco głową do niego. Oznajmiłam Lily, że wychodzimy. Nie mam pojęcia czy mnie słyszała.
     Na tworzę było chłodno, a powietrze było takie świeże. Szliśmy pustym chodziłem w milczeniu.
- Przepraszam
- To że jestem cztero wiecznym wampirem to nie znaczy, że nie mogę od czasu do czasu gdzieś wyjść - powiedział szturchając mnie w ramię.
Uśmiechnęłam się tylko do niego.
     Czas szybko minął. Szybko znaleźliśmy się na mojej ulicy, niedaleko mojego domu.
- Dobranoc - powiedziałam z uśmiechem.
- Dobranoc Elizabeth - powiedział ciszej.
Odwróciłam się i poszłam w stronę domu. Czułam, że jeszcze tam stał. Odprowadzał mnie wzrokiem. Uśmiechałam się sama do siebie. Kiedy otwierałam furtkę spojrzałam w jego stronę. Stał tam, w świetle latarni.
Kolorowych snów... Usłyszałam w swojej głowie i uśmiechnęłam się szeroko.
***
     Byłem już niedaleko domu. Myślałem o Elizabeth. Musiałem się dowiedzieć czy nie ma nic wspólnego z naszym światem. Jeszcze nigdy nie czułem czegoś takiego.
Zatrzymałem się przed drzwiami. Słyszałem jak ktoś chodzi w domu. Otworzyłem pomału drzwi. W domu panował mrok. Zapaliłem światło w salonie. Pusto. Wampirzym krokiem przeniosłem się na górę. Podszedłem do swojego pokoju. Drzwi były otwarte. Przy biurku stała kobieta. Była tyłem do mnie, ale wszędzie bym rozpoznał te blond loki.
- Witaj Emily - przywitałem się.
- Jonathan... - odwróciła się do mnie.
- Ile to już lat siostrzyczko?
- Z 50 - rzuciła mi się w ramiona. Stęskniłem się za nią.
- Co tutaj robisz?
- Nie miałam nic do roboty, wiec postanowiłam odwiedzić mojego małego braciszka - ucałował mnie w policzek.
Pomogłem się jej rozpakować. Nie musiałem się jej pytać jak dostała się do domu, bo powyginane wsuwki mówią same za siebie.
- Opowiesz mi o niej? - spytała gdy siedzieliśmy w kuchni pijąc krew.
- O kim? O.. Chodzi o Elizabeth?
- Tak braciszku... No więc? - nie dawała za wygraną, z resztą jak zawsze.
Opowiedziałem jej wszystko o Elizabeth. Ona w skupieniu nie słuchała, z jej twarzy nie schodził uśmiech.
- Oj Jonathan ty to wiesz jak przyciągnąć do siebie kobietę - zaśmiała się.
- Wiem, że nie jesteś tutaj bez powodu - zmieniłem temat.
- Alfa i Omega mają się obudzić - byliśmy sami, jednak te słowa powiedziała bardzo cicho.
- Chcą przemienić więcej Czystej Krwi?
- Na to wygląda... Jeżeli nie chcesz, aby twojej dziewczynie coś się stało pilnuj jej...
- Nie jest moją dziewczyną... Po za tym nie muszą tutaj przyjeżdżać - zasugerowałem.
- Po pierwsze zawsze odwiedzają wampiry Czystej Krwi, po drugie
... Człowieku czy ty nie czujesz tutaj tej dziwnej magii?!
- Może gdybym był człowiekiem to bym czuł... - skwitowałem.
To prawda to miasto było inne. Musiały odbywać się tu kiedyś sabaty czy coś w tym stylu. Pełen lasów... Nie wykluczone, że nie ma tu wilkołaków. Czytałem, że są tu spotykane pojedyńcze jednostki tych stworzeń.
Zaczęliśmy zupełnie inny temat. Emily opowiadała mi gdzie była przez ten całe czas. Wspominała o swoich miłostkach. Ja jednak wziąłem na poważnie to, że Alfa i Omega mają powstać.
***
     Siedziałam na tapczanie powtarzając materiał na jutro. Tyle się działo w ostatnich dniach, że prawie zapomniałam, że mam studia. Na szafce nocnej miałam postawioną szklankę soku i talerz z kanapkami... Jedząc je przypomniało mi się śniadanie i Jonathana... Stop! Nauka ważniejsza. Nie mogłam sobie pozwolić na to, że przez jakiegoś tam wampira zawalę studia! 
Naukę przerwał mi dźwięk sms-a.
Od: Matt
Przyniesiesz mi jutro notatki? Nie będzie mnie w szkole.
Do: Matt
Jasne :D Będę zaraz po lekcjach ;) 
Ciekawe co się stało... Zawsze jak nie było go na zajęciach oznaczało to, że był chory. Nigdy bez konkretnego powodu nie opuszcza wykładów.
Kiedy wróciłam ponownie do nauki została ona przerwana po raz drugi.
Od: Jonathan
Jutro o 17:00 u mnie.
Do: Jonathan
Mam coś takiego jak studia, a po za tym jest umuwioba z przyjacielem. Innym razem xx
Rozkazywać to on mi się będzie. Chyba zapomniał, że mogę życie nie toczy się wyłącznie wokół niego.
   Nie uzyskałam żadnej odpowiedzi i w końcu mogłaby skupić się  na nauce.
Po jakichś 15 minutach odłożyłam notatki na biurko. Wzięłam talerz i szklankę i zeszłam na dół. Rodzice oglądali jakiś film i w pierwszej chwili mnie nie zauważyli, gdyż po jakichś 5 minutach mojej obecności w kuchni mama była zdziwiona i stwierdziła, że ją przestraszyłam.
- Jak było w kinie? Nic nie mówisz - zaczęła znowu mama.
- Dobrze - odpowiedziałam.
Nie o taką odpowiedź jej chodziło, ale musiała się nią zadowolić.
- Był Jonathan? - nie dawała za wygraną.
- Kto? - włączył się tata.
Świetnie...
- Był. Kolega. Coś jeszcze? - spytałam.
Nie pytali o nic więcej. Musieli się pogodzić z tym, że juz jestem dorosła.
      Wróciłam do siebie. Wzięłam prysznic i wskoczyłam pod kołdrę.
Przed snem sprawdziłam jeszcze telefon. SMS.
Od: Jonathan
Pasuje Ci w piątek o 17:00? U mnie.
Do: Jonathan
Tak
Nie sądziłam, że jeszcze napisze. W głębi siebie chciałam się z nim spotkać. Mimo tego kim jest czułam się przy nim bezpiecznie.
Zasnęłam myśląc o nim.
***
       Położyłem się około czwartej w nocy tak jak i Emily. Cieszyłem się, że Elizabeth się zgodziła. Chciałem aby się poznały, a po za tym wolałem ją uprzedzić przed pierwszymi. Lubiłem z nimi rozmawiać i przebywać z nimi. Byli jakby moją nową rodziną. Jednakże byli nie obliczani. Każdy się ich bał, nawet my, wampiry Czystej Krwi. We wszystkich budzili respekt i grozę jednocześnie. Jednak jeżeli byłeś im posłuszny umieli to docenić. Po przemianie Alfa zajmował się mną. Wychowywał nowego mnie, pomógł mi jak nikt inny. Byłem mu za to wdzięczny. Traktował mnie jak syna. Dostrzegli to dobrze inne wampiry. Zazdrościły mi szczególnie te mojego pokroju, ale szanowały to jak i mnie. Martwiłem się tylko o Elizabeth, byłaby idealną wampirzycą Czystej Krwi.

piątek, 24 kwietnia 2015

Rozdział 4

        Promienie słabo lecz skutecznie docierały do moich policzków. Otworzyłam oczy. Jonathan jeszcze spał i jak się okazało ja spałam prawie całym ciałem na nim. Próbowałam delikatne się podnieść, ale na moje nieszczęście łóżko zaskrzypiało.
- Leż jak ci wygodnie - wymamrotał zaspanym głosem.
Nie odpowiedziałam. Było mi bardzo wygodnie i on o tym wiedział, jednak ja wolałam się podnieść.
- P...
- Gdzie ci się tak spieszy? Rodzice się w końcu ciszą, że wyszłaś z domu - leżał cały czas z zamkniętymi oczami, a ja siedziałam obok niego.
- Mógłbyś wyjść z mojej głowy?
Uśmiechnął się tylko.
Wstałam i wzięłam swoje rzeczy. Poszłam do łazienki. Nie wierzę, że zaufałam tak bardzo obcemu facetowi i to w dodatku wampirowi.
      Kiedy wróciłam do pokoju jego tam nie było. Zeszłam na dół i odnalazłam go w kuchni.
- Co robisz? - zapytałam siadając na krzesło w kuchni.
- Śniadanie dla ciebie... Zaraz będę musiał wyskoczyć po moje, bo już wie skończyło - powiedział lekko przytłumionym głosem.
- Dziękuję i proszę...
- Nie mogę Elizabeth... To będzie ostateczność - ciągle stał do mnie tyłem i robił kanapki.
- To jest ostateczność! Nie mam krwi, a ja ją mam i nie pozwolę ci nikogo skrzywdzić. Proste? Proste - oznajmiłam.
- Skoro nalegasz - odwrócił się i podszedł do mnie.
- Szyja czy nadgarstek? - spytałam ściszonym głosem.
Sama nie wiem czemu go ściszyłam. Byliśmy tam sami.
- Nadgarstek...
Podałam mu rękę. Delikatnie ją obrócił. Kiedy już miał ukazać swoje kły, najpierw ucałował mój nadgarstek, dopiero potem wbił kły. Syknęłam i zacisnęłam drugą rękę. Nie bolało tak jak wtedy. Teraz bolał tylko nadgarstek. Odsunął się i stał teraz na przeciwko mnie. Dwie stróżki krwi od jego kłów, spływały po jego brodzie. Po chwili nagryzł swój nadgarstek i podał mi swoją krew. Rana i ból od razu zniknęły.
Bez słowa podał mi talerz z kanapki i sok pomarańczowy.
- Jadacie normalne jedzenie?
- Tak. Tyle, że dla nas wasz jedzenie jest dla nas jak batonik. Coś zjadłem, ale czujesz dalszą potrzebę - wytłumaczył.
Bardzo lubiłam jak mi to tłumaczył. Miał cudowny głos. Taki spokojny i głęboki, no i jeszcze ten brytyjski akcent.
      Byłam w domu około 13:00. Oczywiście mama mnie wypytywała gdzie byłam cała noc.
- No powiedz! Z chłopakiem? - dopytywała mama, jakby liczyła na coś.
- No...
- Jak ma na imię? - nie ustępowała.
- Jonathan... Coś jeszcze? Jestem umówiona z Mattem
- Pogadamy później - zakończyła.
W końcu wyszłam z domu miałam 10 minut żeby dojść do wyznaczonego miejsca, a mianowicie parku.
     Z daleka już rozpoznałam granatowy bezrękawnik mojego przyjaciela.
- Hej Matt - uwiesiłam się na nim.
- Hej... Czemu nie odbierałaś telefonów? Martwiłem się... - powiedział przytulając mnie.
Telefon! Zostawiłam go u Jonathana w sypialni... Jak to dziwnie brzmi.
- Bateria siadła, a gdzieś zgubiłam ładowarkę
- Cała ty! - zaśmiał się.
Poszliśmy do naszej ulubionej kawiarni i zajęliśmy swoje miejsca na antresoli. Była tam taka miękka kanapa, na której zawsze siadaliśmy.
O tej porze antresola należała zawsze do nas. Nie mam pojęcia czemu przychodzi tu tak mało ludzi. To jest takie miłe i przytulne miejsce.
- Jak tam Lily i Matt?
- Z tego co wiem to dobrze. Jutro razem wracamy do domu - odpowiedziałam pijąc moje kakao.
- Muszę sobie kogoś znaleźć... Wszyscy kogoś mają... - żalił się Matt.
- Ja tez nikogo nie mam! - próbowałam go pocieszyć.
- Nie wcale... Wczoraj nie było żadnej imprezy... Klub ciągle ma remont... Chociaż powiedz jak ma na imię
- Matt... To nie to co myślisz.... Po prostu się.. Yyy...kumplujemy! Jonathan - odpowiedziałam.
Ja i Jonathan?! Nigdy....
Zakończyliśmy temat. Dalsza część spotkania przebiegała w o wiele milszej atmosferze. Matt to na prawdę wspaniały przyjaciel.
***
      Był piękny, słoneczny dzień... Ugh... Poszedłem do mojego ogrodu z książką, która wygrzebałem z moich stosów i położyłem się pod rozłożystym drzewem. Na nosie spoczęły mi okulary słoneczne, żeby słońce aż tak bardzo nie raniło moich oczu.
Książka była nudnawa, o nieszczęściach śmiertelników, czyli wyjść za niego czy za niego.... Ale nie chciało mi się szukać innej, wiec pozostałem przy tej.
     Coraz częściej zamykałem powieki na dłuższą chwilę, aż pogrążyłem się w śnie. Obudził mnie dopiero znany mi zapach. Intensywna mięta. Elizabeth.
- Używasz pięknie pachnącego szamponu - powiedziałem z wciąż zamkniętymi powiekami.
- Dziękuję... Wybacz, że przeszkadzam, a...
- Nie wiesz, że się puka? - spytałem uśmiechając się szeroko.
Podeszła do mnie i usiadła się na przeciwko.
- Przyszłam po telefon... Błagam powiedz, że go masz! - należała.
- Może mam, może nie... A co ja za to dostanę jak ci go oddam? - droczyłem się.
- Mam arytmie... Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak mi serce wali! - szantaż.
Zaczynałem coraz bardziej ją lubić.
- Proszę... - wymamrotałem i podałem jej telefon.
Wziąłem go ze sobą. Widziałem, że po niego przyjdzie.
- Dziękuję... Co czytasz? - zmieniło temat.
- Bezsensowne romansidło...
- Aaa.... Ile wiadomości.... - zaczęła przeglądać telefon.
- O właśnie dzwonił Matt, kim kol wiek on jest...
- Przyjaciel... O i Lily! Poczekaj oddzwonię - odeszła na bok.
Musze przyznać, że było mi bardzo wygodnie i nie miałem się zamiaru stąd ruszać.
Elizabeth wróciła po jakichś 10 minutach gadania z jej przyjaciółką.
- Podsłuchiwałeś?
- Nie.
- Okay... A więc.. Yyy... Lily kupiła cztery bilety do kina na dzisiaj. Dla mnie, jej, Asha i Matta. Okazało się, że Matt nie może, a ona nie chce żeby bilet się zmarnował... Wiec może chciałbyś iść? - spytała bardzo nie pewnie.
Wzrok miała cały czas spuszczony i bawiła się trawą.
- Chcesz żeby tam szedł? - zapytałem.
- Jeżeli będziesz bardziej ludzki niż wampirzy to tak... Och no po prostu nie chce Cię przed nimi ukrywać. Co ja mam im mówić jak na przykład jestem z tobą?
Chciałem powiedzieć, że nie musi tu być, ale wolałem nie. Chciałem żeby tu była. Sam nie wiedząc czemu.
- O której?
- 17:30 jest film.
- O 17:00 będę na twojej ulicy... - odparłem.
- Dziękuję... - wyszeptała uśmiechając się do mnie.