poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rozdział 10

*Jonathan*
    Ten dzień musiał nadejść. Pierwsza przemiana Matta. Miałem już obmyślony plan działania, ale jednocześnie byłem przerażony. Przerażony tym, że coś się  nie uda... tym, że Pierwsi się dowiedzą i uznają to za zniewagę... Musiałem się tego podjąć. Nie mogłem zostawić Beth z tym wszystkim.
     Emily jak zawsze gdzieś wybyła. Może i lepiej. Miałem przynajmniej święty spokój. Dopiłem ostatni worek i wyszedł na dwór. Od ostatniego spotkania z Beth nie miałem z nią żadnego kontaktu. Powiedziałam, że musi nadrobić zaległości w nauce i bibliotece. To był jej ostatni rok, nie mogła go zawalić. 
      Poszedłem do garażu i jeszcze raz sprawdziłem zawartość bagażnika czy aby niczego nie zapomniałem. Różnego rodzaju łańcuchy wypełniały po brzegi tą część mojego samochodu. Miałem jeszcze trzy godziny do 17:00. Postanowiłem zrobić sobie mały spacer. Powędrowałem do miasta. Z lekkim znudzeniem oglądałem kolejne wystawy sklepowe. Chciałem już wracać, ale coś przykuło moją uwagę, a mianowicie sukienka. Śliczna, zwiewna, biała w błękitne kwiaty. Idealna dla Beth. Wszedłem do sklepu i kupiłem ją bez większego namysłu. 

*Elizabeth*
       Razem w rodzicami jedliśmy śniadanie. Bardzo się cieszyłam, że relacje pomiędzy nami w ogóle się nie zmieniły. 
- A co u tego Twojego Jonathan? -spytała nagle mama. 
- Błagam Cię.... -wybełkotałam. 
- Może by do nas wpadł na kolacje czy coś? -kontynuowała. 
- Na pewno nie dzisiaj... Porozmawiam z nim o tym... - zapewniłam. 
- Twoja mina mówi co innego ale trzymamy Cię za słowo -zaśmiał się Tata. 
Po posiłku pozbierałam brudne naczynia i pozmywałam. Rodzice mieli dzisiaj wolne. Tata wygodnie rozłożył się na kanapie i oglądał wiadomości, a mama zajęła miejsce w swoimi ukochanym fotelu i zajęła się za kończeniem szala na zimę w odcieniu bordo. Miał to być mój prezent na gwiazdkę. Ach ta niespodzianka... 
- Kupimy kota???? 
- Em.. mamo? -razem z tatą spojrzeliśmy na nią zdziwionym wzrokiem. 
- Zawsze chciałam mieć kota, ale mieliśmy psa... 
- Ta twoja delikatność... -wymamrotał Tata. 
Mój kochany psiak... Od tego się wszystko zaczęło.  Wzdychnęłam z nostalgią i usiadłam się na krześle w kuchni. 
- To jak??? 
- Okay... -odpowiedzieliśmy z tatą. 
Mama nie kryła zadowolenia z triumfu, a my nie chcieliśmy odbierać jej radości. 
      Siedzieliśmy tak do południa, aż przyszedł czas na obiad. Jeśli jesteśmy wszyscy w domu i nic pożytecznego nie robimy to na obiad jest tylko jedno rozwiązanie. Pizza. Zamówiłam nasz posiłek i pozostało nam czekać. Strasznie bałam się pełni.... Od ostatniego spotkania z Jonathanem starałam się żyć normalnie, żyć tak jak kiedyś. Jednak świadomość posiadania tylu informacji była dość przytłaczająca. Byłam strasznie ciekawa kiedy przybędą Pierwsi i jak bardzo ich przybycie namiesza... O ile da się jeszcze bardziej. 
     Po jakichś 15 minutach usłyszeliśmy dzwonek. Oczywiście ja musiałam iść i odebrać nasz posiłek. Zapłaciłam za pizzę i wróciłam do kuchni, gdzie Tata z mamą już siedzieli przy stole...  Rozłożyłam talerze i zabraliśmy się za konsumpcję. Było bardzo miło. Tak jak kiedyś.
- To właściwie gdzie ty idziesz? -zapytał tata. 
- No mówiłam, że spotkać się z Mattem... -powiedziałam biorąc się za kolejny kawałek. 
- Lily będzie? 
- Nie.
- A Jonathan? -włączyła się mama. 
- Może... 
- Co ty będziesz robić sama z dwoma chłopakami??? -oburzył się tata. 
- Po pierwsze jestem dorosła, a po drugie na pewno nie to o czym myślisz - uśmiechnęłam się. 
Tata skarcił mnie wzrokiem i już nie kontynuował tematu. 
      O 16:00 czekałam na Matta przy wiedzie do lasu. Już po chwili wyłonił się zza zakrętu. 
- Hej -przytuliłam go na powitanie,  co od razu odwzajemnił. 
- Chodźmy, nie czuje się najlepiej... -wyszeptał i ruszyliśmy w wyznaczone miejsce. 


*Jonathan*
      Od godziny szykowałem już wszystko. Poprzypinałem łańcuchy do murów i wymieniłem kraty. Miałem tylko nadzieję,  że to wszystko wytrzyma. Pustostan to stary domek pewnie po jakimś leśniczym bądź myśliwym z wyglądającą na solidną piwnicą. 
Kiedy ostatni raz wszystko sprawdzałem usłyszałem zbliżających się Beth i Matta. Wyszedł z piwnicy i stanąłem obok auta. 
- Gotowy? -spytałem gdy się zbliżyli. 
- A co jeśli powiem, że nie..? 
- Prawdopodobnie nic to nie zmieni... -odpowiedziałem. 
- Pokażesz nam piwnicę? -spytała. 
Kiwnąłem głową, że mają iść za mną. Pokazałem im wszystko dokładnie. Przerażenie w oczach Matta zyskało na sile, gdy ujrzał te wszystkie  łańcuchy. 
- A Wy gdzie będziecie? 
- Za tą kartą -powiedziałem. 
- Okay... przykujcie mnie -powiedział zrezygnowany. 
      Jakoś po 18:00 skończyliśmy go przykuwać i po raz tysięczny sprawdziłem czy wszytko jest dobrze. Staliśmy w ciszy i po prostu się na siebie gapiliśmy. Każde z nas czekało aż coś się stanie, ale nic. Myślałem, że może się pomyliłem, że... sam już nie wiem. To wszystko traciło jaki kol wiem sęs. Dopiero przed 20:00 z Mattem zaczęło się coś dziać. Jego oczy zaczęły nabierać intensywniejszego koloru. 
- Wyjdźcie stąd... -wymamrotał i osunął się na kolana. 
- Matt... -wyszeptał z bólem głosie Beth. 
- Błagam! -krzyknął. 
To już nie był ludzki głos. Wyraźnie było słuchać w nim warczenie. To się na prawdę działo. Wyszliśmy z piwnicy i dokładnie zamknąłem za sobą stalową kratę. 
- Nie mogę bo zostawić... 
- Obiecaj mi, że jak przestanie się kontrolować nie będziesz ze mną dyskutować... 
- Obiecuję -powiedziała i spojrzała mi prosto w oczy. 
Starałem się być nie ugięty... W jej oczach nie było żadnych emocji tylko łzy...  Objąłem ją ramieniem, a ona wtuliła głowę w mój tors.  Byliśmy bezradni i bezsilni. Mogliśmy się tylko przyglądać jak cierpi. Jak jego kości łamią się w każdy możliwy sposób aby móc dokonać całkowitej transformacji. 
- Zabierz ja stąd... -wysapał ostatkiem człowieczeństwa w sobie i zaczął tracić samego siebie. 
Wprowadziłem ja z piwnicy i zamknąłem za sobą kolejne dwie pary drzwi. Słychać było krzyki przeplatane z ujadaniem i warczeniem. 
- I co teraz? 
- Chodźmy na dwór... -zaproponowałem. 
Twierdząco skinęła głową i ruszyła za mną. 
Noc była przyjemna. Lekki powiew wiatru, gwiazdy i księżyc w całej swej okazałości... 
Usiadła się na schodkach przed domkiem i wbiła wzrok w niebo. 
- Co jeśli on tu przyjdzie? -spytała ciągle wpatrując się w niebo. 
- Kto? 
- Ten drugi wilkołak... 
- Zabije go -odpowiedziałam bez namysłu. 
- Albo on Ciebie... 
- Wątpisz we mnie?!  
- Nie chcę zostać sama... 
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Bez słowa ruszyłem w stronę auta. Wtedy dopiero przeniosła na mnie swój wzrok. Kobieca ciekawość... 
Wróciłem z wrzosowym pudełkiem owiniętym czarną wstążką. 
- Proszę -wręczyłem jej. 
- Co to? -była lekko zdziwiona. 
- Dowiesz się jak otworzysz... 
Pomału odwiązała wstążkę i otworzyła pudełko. Wyciągnęła delikatnie sukienkę i patrzyła na nią bez słowa. 
- Nie podoba ci się? 
- Nigdy nie dostałam piękniejszego prezentu... -uśmiechnęła się lekko. 
Nagle ucałowała mnie w policzek i wyszeptała Dziękuję... 
- Przymierz..
- Teraz? 
- Tak. Zrób to dla mnie bo prawdopodobnie jestem już martwy... -oznajmiłem z uśmiechem. 
- Pierwsi?!! 
- Haha nie... Emily. Dzisiaj jest jakiś tam bal charytatywny,  na którym miałem  być, ale wybrałem ciekawsze zajęcie nie informując jej o tym, więc może być lekko wkurzona -wytłumaczyłem. 
- No dobrze...  Daj mi chwilę. 
Wzięła sukienkę i weszła do środka domu. Matt już tylko warczał, co oznaczało,  że już się przemienił. Może już tak nie cierpi? Pomyślałem. 
- I jak? -usłyszałem głos za swoimi plecami. 
- Pięknie... 
Ta sukienka była stworzona dla niej. Wyglądała... nie idzie tego opisać... Pięknie to za mało. 
- Zatańczymy? 
- Ale tak teraz?? 
- Mhm... 
- Matt.. 
- Już jest spokojny... najgorsze minęło. 
- Nie ma muzyki. 
- Użyj wyobraźni... 
Objąłem ją w tali i przyciągnąłem do siebie. Tańczyliśmy w świetle gwiazd i blasku księżyca. 
- Błagam Cię... nie zostawiaj mnie... - wyszeptała. 
Nic nie odpowiedziałem... Pocałowałem ją. Tak po prostu... Ku mojemu zdziwieniu na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech. 
- Kocham Cię... 
Powiedzieliśmy w tym samym czasie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz