Obudził mnie hałas dochodzący z ulicy. Zdziwiło mnie to...myślałem, że mieszkam na odludziu.
Narzuciłem na sobie czarny, cieki porannik i wyszedłem przed domu. Stanąłem na werandzie i spojrzałem zdziwiony.
- Emily? - zawołałem siostrę.
Rozmawiała z kilkoma mężczyznami, którzy przyjechali dużą ciężarówka. Głośno dyskutowali przy czym często wybuchali śmiechem.
- Dzień dobry braciszku! - zawołała uśmiechnięta.
Nie odpowiedziałem. Cały czas stałe na werandzie z pytającym wzrokiem. Pożegnała się z mężczyznami i podeszła do mnie.
- Kim oni byli? - spytałem podejrzliwie.
- OH. Nie mówiłam ci? Pomagamy w ufundowaniu imprezy i stypendiów.
- Co?!
- No. Impreza jest w piątek o 18:00 w głównej sali ratusza. Przyjdź z Liz - powiedziała i weszła do domu.
- Czemu nic o tym nie wiem?
- Byłeś zajęty swoją dziewczyna
- Uznajmy, że tego nie słyszałem... Poszedł do sobie. Założyłem czyste ubranie. Potrzebowałem spaceru. Przed wyjściem sprawdziłem telefon. Trzy niedobrane i jeden SMS od Elizabeth.
Narzuciłem na sobie czarny, cieki porannik i wyszedłem przed domu. Stanąłem na werandzie i spojrzałem zdziwiony.
- Emily? - zawołałem siostrę.
Rozmawiała z kilkoma mężczyznami, którzy przyjechali dużą ciężarówka. Głośno dyskutowali przy czym często wybuchali śmiechem.
- Dzień dobry braciszku! - zawołała uśmiechnięta.
Nie odpowiedziałem. Cały czas stałe na werandzie z pytającym wzrokiem. Pożegnała się z mężczyznami i podeszła do mnie.
- Kim oni byli? - spytałem podejrzliwie.
- OH. Nie mówiłam ci? Pomagamy w ufundowaniu imprezy i stypendiów.
- Co?!
- No. Impreza jest w piątek o 18:00 w głównej sali ratusza. Przyjdź z Liz - powiedziała i weszła do domu.
- Czemu nic o tym nie wiem?
- Byłeś zajęty swoją dziewczyna
- Uznajmy, że tego nie słyszałem... Poszedł do sobie. Założyłem czyste ubranie. Potrzebowałem spaceru. Przed wyjściem sprawdziłem telefon. Trzy niedobrane i jeden SMS od Elizabeth.
Od:Elizabeth
Matt dzisiaj wychodzi. O 14:00 bądź pod szpitalem. Przyjedz autem.
Matt dzisiaj wychodzi. O 14:00 bądź pod szpitalem. Przyjedz autem.
Do:Elizabeth
Będę.
Będę.
Krótko i na temat. Nie chciała mnie widzieć... Odrzuciłem od siebie te myśli. Wziąłem kluczyki od samochodu i skierowałem się do garażu.
Słyszałem nawoływania Emily za sobą, ale ją zignorowałem. Odpaliłem auto i ruszyłem.
Pod szpitalem byłem znacznie wcześniej. Nawet dobrze...musiałem sobie poukładać w głowie jak mam o tym mu powiedzieć. Bardziej martwiłem się o Elizabeth.
Słyszałem nawoływania Emily za sobą, ale ją zignorowałem. Odpaliłem auto i ruszyłem.
Pod szpitalem byłem znacznie wcześniej. Nawet dobrze...musiałem sobie poukładać w głowie jak mam o tym mu powiedzieć. Bardziej martwiłem się o Elizabeth.
***
Tak bardzo chciałam mieć to już za sobą. Bałam się reakcji Matta... Od jakiegoś czasu żyłam w ciągłym strachu. Chciałam się komuś wygadać... Wypłakać, ale nawet nie miałam komu.
Zanosiło się na deszcz. Pogoda lubi odzwierciedlać moje uczucia.
- Podwieś panią? - usłyszałam głos mężczyzny i zwalniające przy mnie auto.
- Hej Will. Nie dzięki, właściwie już jestem na miejscu... - odpowiedziałam.
- No cóż..innym razem. Do zobaczenia Elizbaeth! - pożegnał się miło i odjechał.
Muszę przyznać, że do twarzy mu w mundurze... Chwila...dopiero po chwili zauważyłam, ze był w mundurze szeryfa i jego aucie. Musiałam przystanąć na chwile... Jednak szybko ruszyłam dalej. Żadnych tajemniczych facetów w moim życiu.... Powiedziałam sama do siebie. W tym samym momencie zobaczyłam Jonathana stojącego przy swoim aucie. Całkiem niezłe... Nie powiem.
- Witaj Elizabeth... - powiedział tym swoim cudownym głosem.
- Hej... Pójdę po Matta. Poczekaj tu - powiedziałam spokojnie.
Nie patrzyłam mu w oczy. Nie umiałam, nie chciałam.
On tylko skinął głową na znak zgody, a ja poszłam do szpitala.
Matt już czekał na mnie na korytarzy z wypisem i małą torba.
- Hej...jak się czujesz? - spytałam przytulając go.
- O wiele lepiej, ale chodźmy już stąd... Błagam! A ten twój kolega tu jest? -spytał podejrzliwie.
- Em..tak. Podwiezie nas...tylko, że musimy na chwilę jechać do niego... - starał się nie poplątać.
- Okay...ufam ci.
Uśmiechnęłam się tylko do niego i wyszliśmy ze szpitala.
Jonathan stał dokładnie w tym samym miejscu co przedtem. Podeszliśmy do niego.
- Hej. Jestem Jonathan - przywitał się z uśmiechem.
- Matt, miło mi - odwzajemnił niepewnie uśmiech.
Podali sobie ręce na przywitanie i weszliśmy do auta. Jechaliśmy w ciszy. Nie umiałam spojrzeć przyjacielowi w oczy. Czułam się okropnie. Wpatrywałam się w krajobraz przez szybę. W końcu dojechaliśmy do jego domu. Jeszcze tak zdenerwowana nigdy nie byłam...
Weszliśmy do domu również w ciszy. Matt rozglądał się niepewnie. Był całkowicie zdezorientowany.
- Siadajcie - powiedział.
Zajęliśmy miejsca na kanapie. Jonathan stał, oparty łokciami o fotel. Matt spoglądał na mnie zmieszanym wzrokiem.
- Okay co się tu dzieje? - spytał w końcu.
Spojrzałam na Jonathana. Chciałam żeby to on zaczął. Ja najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam jak.
- Matt...zapewne nie uwierzysz, ale...jesteś wilkołakiem...
Mój przyjaciel wybuchnął śmiechem.
- On nie żartuje - powiedziałam z powagą.
Zapadła cisza.
- A kim ty jesteś? - zwrócił się do Jonathana.
- Wampirem...
- Jasne!
Wstałam i podeszłam do niego. Podwinęłam rękaw i wyciągnęłam w jego stronę nadgarstek. Matt obserwował każdy nasz ruch. Jonathan chwycił mój nadgarstek i wbił w niego kły.
- Zostaw ją! - krzyknął Matt.
Jonathan wykonał na spokojnie wszystkie czynności związane z uzdrowieniem mnie.
Zapanowała cisza. Stałam koło Jonathana, a Matt wpatrywał się w nas z osłupieniem.
- Ja też w to wszystko nie wierzyłam...., a nawet jestem częścią tego wszystkiego... -powiedziałam spokojnie.
- To może zacznę od początku... -powiedział Jonathan.
Matt słuchał wszystkiego uważnie, jednakże z przerażeniem, niepewnością i strachem. Ja siedziałam ze spuszczonym wzrokiem. To wszystko nie miało sensu. To wszystko nie powinno istnieć, a przynajmniej nie w naszym świecie.
W końcu skończył. Zapanowała ta potworna cisza....
- We wszystkim ci pomożemy, tylko nam zaufaj -powiedziałam.
- Mam inne wyjście? -wyszeptał.
Zanosiło się na deszcz. Pogoda lubi odzwierciedlać moje uczucia.
- Podwieś panią? - usłyszałam głos mężczyzny i zwalniające przy mnie auto.
- Hej Will. Nie dzięki, właściwie już jestem na miejscu... - odpowiedziałam.
- No cóż..innym razem. Do zobaczenia Elizbaeth! - pożegnał się miło i odjechał.
Muszę przyznać, że do twarzy mu w mundurze... Chwila...dopiero po chwili zauważyłam, ze był w mundurze szeryfa i jego aucie. Musiałam przystanąć na chwile... Jednak szybko ruszyłam dalej. Żadnych tajemniczych facetów w moim życiu.... Powiedziałam sama do siebie. W tym samym momencie zobaczyłam Jonathana stojącego przy swoim aucie. Całkiem niezłe... Nie powiem.
- Witaj Elizabeth... - powiedział tym swoim cudownym głosem.
- Hej... Pójdę po Matta. Poczekaj tu - powiedziałam spokojnie.
Nie patrzyłam mu w oczy. Nie umiałam, nie chciałam.
On tylko skinął głową na znak zgody, a ja poszłam do szpitala.
Matt już czekał na mnie na korytarzy z wypisem i małą torba.
- Hej...jak się czujesz? - spytałam przytulając go.
- O wiele lepiej, ale chodźmy już stąd... Błagam! A ten twój kolega tu jest? -spytał podejrzliwie.
- Em..tak. Podwiezie nas...tylko, że musimy na chwilę jechać do niego... - starał się nie poplątać.
- Okay...ufam ci.
Uśmiechnęłam się tylko do niego i wyszliśmy ze szpitala.
Jonathan stał dokładnie w tym samym miejscu co przedtem. Podeszliśmy do niego.
- Hej. Jestem Jonathan - przywitał się z uśmiechem.
- Matt, miło mi - odwzajemnił niepewnie uśmiech.
Podali sobie ręce na przywitanie i weszliśmy do auta. Jechaliśmy w ciszy. Nie umiałam spojrzeć przyjacielowi w oczy. Czułam się okropnie. Wpatrywałam się w krajobraz przez szybę. W końcu dojechaliśmy do jego domu. Jeszcze tak zdenerwowana nigdy nie byłam...
Weszliśmy do domu również w ciszy. Matt rozglądał się niepewnie. Był całkowicie zdezorientowany.
- Siadajcie - powiedział.
Zajęliśmy miejsca na kanapie. Jonathan stał, oparty łokciami o fotel. Matt spoglądał na mnie zmieszanym wzrokiem.
- Okay co się tu dzieje? - spytał w końcu.
Spojrzałam na Jonathana. Chciałam żeby to on zaczął. Ja najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam jak.
- Matt...zapewne nie uwierzysz, ale...jesteś wilkołakiem...
Mój przyjaciel wybuchnął śmiechem.
- On nie żartuje - powiedziałam z powagą.
Zapadła cisza.
- A kim ty jesteś? - zwrócił się do Jonathana.
- Wampirem...
- Jasne!
Wstałam i podeszłam do niego. Podwinęłam rękaw i wyciągnęłam w jego stronę nadgarstek. Matt obserwował każdy nasz ruch. Jonathan chwycił mój nadgarstek i wbił w niego kły.
- Zostaw ją! - krzyknął Matt.
Jonathan wykonał na spokojnie wszystkie czynności związane z uzdrowieniem mnie.
Zapanowała cisza. Stałam koło Jonathana, a Matt wpatrywał się w nas z osłupieniem.
- Ja też w to wszystko nie wierzyłam...., a nawet jestem częścią tego wszystkiego... -powiedziałam spokojnie.
- To może zacznę od początku... -powiedział Jonathan.
Matt słuchał wszystkiego uważnie, jednakże z przerażeniem, niepewnością i strachem. Ja siedziałam ze spuszczonym wzrokiem. To wszystko nie miało sensu. To wszystko nie powinno istnieć, a przynajmniej nie w naszym świecie.
W końcu skończył. Zapanowała ta potworna cisza....
- We wszystkim ci pomożemy, tylko nam zaufaj -powiedziałam.
- Mam inne wyjście? -wyszeptał.
***
Zbliżała się 19:00. Matta już z nami nie było. Odwiozłem go do domu. Obiecał stawić się u mnie kiedy będzie pełnia. Chciał pobyć trochę sam, poukładać sobie wszystko. Stałem na balkonie. Elizabeth siedziała na łóżku. Cały czas starała się być opanowana.
- Dlaczego zostałaś? -spytałem kierując się w jej stronę.
- Nie wiem... Muszę wynająć mieszkanie -powiedziała ze spuszczonym wzrokiem.
- Zawsze możesz się tu zatrzymać -oznajmiłem.
- Nie mogę -spojrzała na mnie, a w jej oczach były łzy.
-Elizabeth... Spokojnie, będzie dobrze.
- Jestem adoptowana... Mój najlepszy przyjaciel okazał się wilkołakiem, a ja właśnie siedzę sobie w jednym pokoju z wampirem, któremu zaufałam. Nie mogę o tym powiedzieć Lily, żeby ją chronić przed tym wszystkim. No i na domiar złego jestem jakąś pieprzoną strażniczką! -wybuchnęła, a łzy spłynęły jej po policzkach.
Usiadłem się na przeciwko niej. Ująłem delikatnie jej dłoń.
- Co mam zrobić? -spytałem cicho.
- Nie wiem... Ja już nic nie wiem. Chyba pójdę do domu i pogadam z...rodzicami. W środę jest ognisko więc trzeba będzie poudawać, że wszystko jest okay, a w piątek sąd ostateczny...
- Nie..dzień sądu dopiero nadejdzie... -stwierdziłem.
Zapanowała cisza. Po chwili usłyszeliśmy stukanie kropel deszczu w okna, które zaczęło się nasilać.
- Lepiej będzie jak już sobie pójdę -powiedziała wycierając policzki.
Wstała i skierowała się w stronę drzwi. Szybko odgrodziłem jej drogę.
- Źle wyglądasz... Powinnaś odpocząć. Kiedy ostatnio jadłaś?
- Dzisiaj jakiś jogurt.. Przepuść mnie -wymamrotała.
- Najpierw coś zjesz. Poczekaj tu, zaraz ci coś przyniosę -powiedziałem twardo.
Posłuchała mnie. Usiadła się z powrotem na łóżko, a ja poszedłem do kuchni. Przygotowałem dla niej kilka kanapek i zrobiłem hetbatę z cytryną.
- Już jestem -powiedziałem wchodząc do pokoju.
Elizabeth leżała zwinięta na łóżku. Spała. Odłożyłem przygotowany dla niej posiłek na szafkę nocną i zbliżyłem się do niej. Przykryłem ją kołdrą i ucałowałem w skroń. Poszedłem po list dla niej. Usiadłem się przy biurku i kontynuowałem pisanie.
"...Zaraz po jej śmierci oddałem dziecko do sierocińca. Zadbałem o to by była bezpieczna i żeby trafiła do dobrych ludzi. Miałem szczęście, bo tak się stało. Nie mogłem wymarzyć sobie dla niej lepszej rodziny. Wyjechałem. Jednakże widziałem ją na wakacjach, koloniach...widziałem, że była szczęśliwa. Chciałem, żeby jej życie zawsze tak wyglądało...niestety.
Elizabeth, przepraszam. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz..."
- Jonathan? -usłyszałem delikatny głos Elizabeth.
Obudziła się i siadała na łóżku. Szybko schowałem list do biurka i podszedłem do niej.
- Tak?
- Mogę dzisiaj zostać?
- Oczywiście... -uśmiechnąłem się.
Wręczyłem jej kanapki, a ona wyszeptała dziękuję.
- Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?
- Nie mam pojęcia co im powiedzieć, jak się zachować... -odpowiedziała.
Nic nie odpowiedziałem. Z dnia na dzień wyglądała coraz gorzej, była coraz słabsza. Naszą ciszę przerwało wycie wilka. Od razu znalazłem się na balkonie. Elizabeth podbiegła do mnie i stanęła za mną. Poczułem jej dłonie na swoich ramionach. Stała na palcach, a mimo to i tak była o jakieś pół głowy niższa.
- Nie przejmuj się tym... Musimy się zająć pierwszymi i Mattem. To może poczekać... - powiedziała łagodnie.
Wycie nie ustawało. Wiedział, że to słyszę, wiedział, że chce go odnaleźć wśród drzew lasu. Byłby to pojedynek, gdzie tylko jeden z nas by wyszedł cało. Prowokował mnie. Gdyby nie Elizabeth...już dawno tam bym był. Dobrze, że była przy mnie.
- Jasne... Chodź -odwróciłem się do niej.
Wziąłem ją za rękę i weszliśmy do pokoju. Dokończyła kanapki i herbatę. Ten przeklęty kundel ciągle sobie ze mną pogrywał.
- Nie waż się tam iść -powiedziała stanowczo.
- Dobrze.. Połóż się już.
Odłożyłem naczynia, a Beth przykryła się kołdrą. Beth...spodobało mi się to zdrobnienie.
Zająłem miejsce koło niej. Leżeliśmy stosunkowo blisko siebie.
W pokoju panował mrok. Beth już spała. Leżała odwrócona w moją stronę. Dokładnie czułem jej oddech. Leżałem tak z godzinę wpatrując się w nią, aż w końcu i ja zasnąłem.
- Dlaczego zostałaś? -spytałem kierując się w jej stronę.
- Nie wiem... Muszę wynająć mieszkanie -powiedziała ze spuszczonym wzrokiem.
- Zawsze możesz się tu zatrzymać -oznajmiłem.
- Nie mogę -spojrzała na mnie, a w jej oczach były łzy.
-Elizabeth... Spokojnie, będzie dobrze.
- Jestem adoptowana... Mój najlepszy przyjaciel okazał się wilkołakiem, a ja właśnie siedzę sobie w jednym pokoju z wampirem, któremu zaufałam. Nie mogę o tym powiedzieć Lily, żeby ją chronić przed tym wszystkim. No i na domiar złego jestem jakąś pieprzoną strażniczką! -wybuchnęła, a łzy spłynęły jej po policzkach.
Usiadłem się na przeciwko niej. Ująłem delikatnie jej dłoń.
- Co mam zrobić? -spytałem cicho.
- Nie wiem... Ja już nic nie wiem. Chyba pójdę do domu i pogadam z...rodzicami. W środę jest ognisko więc trzeba będzie poudawać, że wszystko jest okay, a w piątek sąd ostateczny...
- Nie..dzień sądu dopiero nadejdzie... -stwierdziłem.
Zapanowała cisza. Po chwili usłyszeliśmy stukanie kropel deszczu w okna, które zaczęło się nasilać.
- Lepiej będzie jak już sobie pójdę -powiedziała wycierając policzki.
Wstała i skierowała się w stronę drzwi. Szybko odgrodziłem jej drogę.
- Źle wyglądasz... Powinnaś odpocząć. Kiedy ostatnio jadłaś?
- Dzisiaj jakiś jogurt.. Przepuść mnie -wymamrotała.
- Najpierw coś zjesz. Poczekaj tu, zaraz ci coś przyniosę -powiedziałem twardo.
Posłuchała mnie. Usiadła się z powrotem na łóżko, a ja poszedłem do kuchni. Przygotowałem dla niej kilka kanapek i zrobiłem hetbatę z cytryną.
- Już jestem -powiedziałem wchodząc do pokoju.
Elizabeth leżała zwinięta na łóżku. Spała. Odłożyłem przygotowany dla niej posiłek na szafkę nocną i zbliżyłem się do niej. Przykryłem ją kołdrą i ucałowałem w skroń. Poszedłem po list dla niej. Usiadłem się przy biurku i kontynuowałem pisanie.
"...Zaraz po jej śmierci oddałem dziecko do sierocińca. Zadbałem o to by była bezpieczna i żeby trafiła do dobrych ludzi. Miałem szczęście, bo tak się stało. Nie mogłem wymarzyć sobie dla niej lepszej rodziny. Wyjechałem. Jednakże widziałem ją na wakacjach, koloniach...widziałem, że była szczęśliwa. Chciałem, żeby jej życie zawsze tak wyglądało...niestety.
Elizabeth, przepraszam. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz..."
- Jonathan? -usłyszałem delikatny głos Elizabeth.
Obudziła się i siadała na łóżku. Szybko schowałem list do biurka i podszedłem do niej.
- Tak?
- Mogę dzisiaj zostać?
- Oczywiście... -uśmiechnąłem się.
Wręczyłem jej kanapki, a ona wyszeptała dziękuję.
- Co sprawiło, że zmieniłaś zdanie?
- Nie mam pojęcia co im powiedzieć, jak się zachować... -odpowiedziała.
Nic nie odpowiedziałem. Z dnia na dzień wyglądała coraz gorzej, była coraz słabsza. Naszą ciszę przerwało wycie wilka. Od razu znalazłem się na balkonie. Elizabeth podbiegła do mnie i stanęła za mną. Poczułem jej dłonie na swoich ramionach. Stała na palcach, a mimo to i tak była o jakieś pół głowy niższa.
- Nie przejmuj się tym... Musimy się zająć pierwszymi i Mattem. To może poczekać... - powiedziała łagodnie.
Wycie nie ustawało. Wiedział, że to słyszę, wiedział, że chce go odnaleźć wśród drzew lasu. Byłby to pojedynek, gdzie tylko jeden z nas by wyszedł cało. Prowokował mnie. Gdyby nie Elizabeth...już dawno tam bym był. Dobrze, że była przy mnie.
- Jasne... Chodź -odwróciłem się do niej.
Wziąłem ją za rękę i weszliśmy do pokoju. Dokończyła kanapki i herbatę. Ten przeklęty kundel ciągle sobie ze mną pogrywał.
- Nie waż się tam iść -powiedziała stanowczo.
- Dobrze.. Połóż się już.
Odłożyłem naczynia, a Beth przykryła się kołdrą. Beth...spodobało mi się to zdrobnienie.
Zająłem miejsce koło niej. Leżeliśmy stosunkowo blisko siebie.
W pokoju panował mrok. Beth już spała. Leżała odwrócona w moją stronę. Dokładnie czułem jej oddech. Leżałem tak z godzinę wpatrując się w nią, aż w końcu i ja zasnąłem.